
Wykazując rzadką przytomność umysłu, Agee ustawił skrzynię na sztorc. Sufit zatrzymał się na niej.
Barnett i Agee zaczęli we dwóch szarpać Victora za nogi. Udało im się go wyciągnąć w samą porę: ciężka skrzynia rozpękła się na kawałki, a w następnej chwili zmiażdźona została w proch.
Sufit pokoiku, opuszczający się na lśniącym olejem potężnym sztyfcie, sprasował kufer do grubości sześciu cali. Dokonawszy tego, urządzenie mlasnęło dźwięcznie i bezszelestnie wróciło na miejsce.
Victor usiadł, masując głowę.
— Kapitanie — odezwał się błagalnym tonem. — Nie moglibyśmy wrócić na nasz statek?
Agee też miał swoje wątpliwości co do całego przedsięwzięcia. Ogarnął wzrokiem złowieszczy pokoik, który na powróż przypominał szafę z okruchami czerwonych skorup na podłodze.
— Jak słowo daję, to jakaś pułapka — odezwał się strapiony. — Może Victor ma rację.
— Chcesz zostawić taki statek? — zdumiał się Barnett.
Agee skrzywił się niewyraźnie i kiwnął głową.
— Najgorsze — powiedział, nie patrząc na Barnetta — jest to, że nie wiemy, z czym on za chwilę wyskoczy. Za duże ryzyko, kapitanie.
— Czy zdajesz sobie sprawę, z czego byś zrezygnował? — zbeształ go Barnett.
— Sam kadłub wart jest majątek. Oglądałeś silniki? Nie ma siły po tej stronie Ziemi zdolnej powstrzymać tę maszynerię. Potrafi przewiercić planetę na wylot i wyjść po drugiej stronie bez jednego draśnięcia na lakierze. A ty chcesz ją zostawić!
— Nie będzie tyle warta, jak nas pozabija — zauważył Agee.
Victor entuzjastycznie pokiwał głową.
Barnett wytrzeszczył na nich oczy.
— Słuchajcie mnie uważnie — powiedział. — Nie zostawimy tego statku. To nie jest żadna pułapka. To pojazd obcych, wyposażony w obcą aparaturę. Wystarczy, żebyśmy nie ruszali czego nie trzeba do momentu lądowania. Zrozumiano?
