
— Dosyć! — Victor darł się, potrząsając Ageem jak szmacianą lalką. — Dość!
— Puszczaj! — Agee wyciągnął miotacz do połowy. I nagle, w przypływie natchnienia, wyłączył silniki statku.
Pstrykanie w ścianach umilkło. Pomieszczenie zaczęło się ochładzać.
— Co jest? — zapytał Victor.
— Temperatura i ciśnienie spadają po wyłączeniu mocy — wyjaśnił Agee. — Nic nam nie grozi, dopóki znów nie włączymy silników.
— Kiedy możemy zawinąć do najbliższego portu? — spytał Barnett.
Agee liczył w myślach.
— Za jakieś trzy lata — ocenił. — Zapędziliśmy się dosyć daleko.
— Nie dałoby się powyrywać tych urządzeń? Odłączyć?
— Są wmontowane w bebechy statku — powiedział Agee. — Potrzebowalibyśmy całej narzędziowni i fachowej pomocy. A nawet wtedy nie byłoby to proste.
Barnett przez dłuższą chwilę nic nie mówił. W końcu odezwał się.
— No dobra.
— Co dobra?
— Daliśmy dupy. Trzeba wracać na tamtą planetę i brać stary statek.
Agee odetchnął z ulgą i wcisnął nowy kurs na zapisie statku.
— Myślisz, że obcy nam go odda? — zapytał Victor.
— Na pewno — powiedział Barnett. — Jeżeli w ogóle jeszcze żyje. Spodziewam się, że odzyskanie statku byłoby mu bardzo na rękę. Ale żeby wejść na swój statek musi zejść z naszego.
— No tak, kiedy jednak już wsiądzie na ten swój…
— Pomajstrujemy koło przyrządów — zdecydował Barnett. — To go chwilę powstrzyma.
— Chwilę — zgodził się Agee. — Ale prędzej czy później wystartuje, z pianą na ustach. Nigdy mu nie uciekniemy.
— Wcale nie musimy — powiedział Barnett. — Jedyne co musimy, to znaleźć się w górze wcześniej niż on. Kadłub ma mocny, ale trzy bomby atomowe to chyba będzie aż nadto.
— O tym nie pomyślałem — uśmiechnął się niemrawo Agee.
