
Mechanicznie kiwnęłam głową, z niejakim roztargnieniem przyświadczając, że istotnie, jestem cudem. Umysł zaczęły mi już zaprzątać szczegóły techniczne imprezy.
– Prać nie będę – zastrzegłam się na wstępie. – Nie tylko za pięćdziesiąt tysięcy, ale nawet za pięćset.
– Nie trzeba, ona ma praczkę, wszystko oddaje do praczki.
– A jak tam jest z gosposią? Istnieje jakaś? Mąż mnie może nie poznać, ale co do gosposi, niech pan nie żywi złudzeń.
Pan Palanowski zrobił się nie ten sam. Z nie słabnącym zapałem rozwiewał moje wątpliwości i niepokoje. Gosposia jest, owszem, ale dostanie urlop na miesiąc i na oczy jej nie zobaczę. Razem z mężem, w warsztacie, pracuje człowiek, który właśnie się zwolnił, i zostanie przyjęty nowy, który mnie nie zna. To znaczy prawdziwej żony nie zna. Garderoba… Do dyspozycji będę miała bez mała cały magazyn odzieży całkowicie nowej albo prawie nowej, żeby mi nie było przykro chodzić w cudzych kieckach. Także obuwie.
– Bo widzi pani – wyznał tajemniczo. – My się z tym pomysłem nosimy już od pewnego czasu. Basieńka… to znaczy ta pani, o której mowa, na wszelki wypadek już od zimy kupuje mnóstwo nowych rzeczy, nie nosi tego, nie nadążyłaby zresztą, tylko rozrzuca po mieszkaniu. Przez kilka dni to się poniewiera na wierzchu, żeby mu się dobrze w pamięć wraziło. Peruki… Nie ma pani nic przeciwko noszeniu peruk?
– Nie mam. Mogę nosić. Na placu Zamkowym widział mnie pan w peruce.
– Toteż właśnie, stąd podobieństwo! Znak szczególny łatwo będzie dorobić, ona ma taki mały, ciemny pieprzyk pod okiem, o, tu!
Puknął się palcem w policzek z takim rozmachem, że omal sobie oka nie wybił. Zgodziłam się także i na pieprzyk.
