
Pan Palanowski wciąż patrzył we mnie jak w mówiący obraz święty.
– Dobrze, proszę pana – powiedziałam w końcu. – Zgadzam się na to dziwaczne kretyństwo, ale pod pewnymi warunkami…
Pan Palanowski omal nie zemdlał. Był gotów na wszystko. Gdybym postawiła warunek, że wymaluje w czerwone kwiatki cały Pałac Kultury od góry do dołu, zapewne bez namysłu popędziłby po stosowną farbę. Nie miałam takich wymagań, tym bardziej więc bez żadnego trudu doszliśmy do porozumienia. Wizja lubego szczęścia odmieniła go tak, że poczułam się szaleńczo zaintrygowana osobą Basieńki. Warto było się zgodzić już chociażby po to, żeby ją poznać. Cóż ona sobą prezentuje, ta niezwykła kobieta, budząca tak imponujące i kosztowne afekty i jakim cudem, na litość boską, mogę być do niej podobna…?!!!
Musiałam ją zobaczyć bezwzględnie i kategorycznie. Lekceważąc w sposób karygodny wszystkie pozostałe punkty programu stanowczo zażądałam spotkania. Pan Palanowski, acz nieświadom mojego zaciekawienia, zgodził się jednakże, iż jest to posunięcie niezbędne.
– Dobrze, proszę pani, oczywiście, musi pani ją zobaczyć i przyjrzeć się jej dokładnie, to ułatwi pani zadanie – powiedział z troską. – Ale będzie pani musiała jakoś zupełnie inaczej wyglądać. Rozumie pani, żeby nikt sobie nie skojarzył tego podobieństwa. Może ja przesadzam, ale lepszy wydaje mi się nadmiar ostrożności niż jakieś niedopatrzenie. Za nią chodzą, ktoś mógłby zwrócić na panią uwagę…
Uzgodniliśmy pomiędzy sobą kontakt telefoniczny, ustaliliśmy czas i miejsce następnego spotkania. Romantyczna afera zaczynała mi się coraz bardziej podobać.
