
Pracownica Ania dwukrotnie zaprosiła go do swojego biurka. Zareagował dopiero wtedy, kiedy wstała.
– Panie Jarku, udało się zarezerwować te dwa bilety do Salonik. – Dziewczyna uśmiechnęła się. – Dla pana i dla pani Joanny Rodowicz. Bardzo dobre połączenie. Lufthansa.
W duchotę biura podróży wdarł się obsesyjny motyw z filmu Windą na szafot. Na ekraniku znów migotało „Żarówa”. Pater stracił swój dobry humor i przestał być wyrozumiały dla świata.
– Proszę pani – powiedział sucho i nie odbierał, a inwazyjna, coraz głośniejsza muzyka z komórki wdzierała się w uszy. – Pani, która udaje się ze mną na Folegandros, nie nazywa się Rodowicz, lecz Radziewicz. I nigdy nie śpiewała piosenek o futbolu i Małgośce.
Pater patrzył z satysfakcją na coraz szerzej otwarte oczy dziewczyny.
– Proszę nie przekręcać cudzego nazwiska. A poza tym chyba tak dobrze się nie znamy, żeby zwracała się pani do mnie per „panie Jarku”?
Urzędująca w biurze Ania miała nadzieję, że dziś nie trafi się jej żaden gorszy klient od jędzy, która utyskiwała na cały świat z powodu zaginięcia walizki na lotnisku w Santo Domingo. Jednak w tamten upalny lipcowy dzień nadzieja była matką naiwnych.
4
Świat zwraca ci to, co sam mu dasz.
Nadkomisarz wpatrywał się bezradnie w toyotę, która zakaszlała, jakby wydawała ostatnie tchnienie, a następnie rozkraczyła się na środku ulicy.
„Może powinienem być trochę milszy dla tej dziewczyny w biurze podróży”, pomyślał Pater. A później przypomniał sobie wyświetlacz telefonu, napis: „Żarówa”, i przysłowie, że nieszczęścia lubią chodzić parami. Miał złe przeczucia, a zarazem wiedział, że jest sam sobie winien. Tak. Może powinien być lepszy dla świata, i wtedy świat byłby łaskawszy dla niego.
Zostawił samochód na poboczu niedaleko redakcji „Dziennika Bałtyckiego”. Na klawiaturze telefonu wystukał numer znajomego mechanika. Umówili się, że Pater zostawi kluczyki do toyoty w komendzie. Ostatni kilometr do Komendy Wojewódzkiej pokonał pieszo.
