
— To nie czary. To całkiem zwykły okultyzm.
— I salamandry.
— Całkiem zwyczajna historia naturalna. Nie ma w niej nic złego.
— No, niby tak. Ale oni powiedzą, że to czary. Sam wiesz, jacy oni są.
Alchemicy smętnie pokiwali głowami.
— To reakcjoniści — rzekł Sendiroge, sekretarz Gildii. — Nadęci thaumokraci. A inne gildie nie lepsze. Co oni wiedzą o postępie? Co ich to obchodzi? Mogliby robić takie rzeczy od lat, i co? Nie, to nie oni. Pomyślcie tylko, możemy zmienić życie ludzi, uczynić je… no, lepszym. Możliwości są ogromne.
— Edukacyjne — zauważył Silverfish.
— Historyczne — dodał Lully.
— I oczywiście rozrywkowe — stwierdził Peavie, skarbnik Gildii.
Był niski, nerwowy. Zresztą alchemicy w większości są nerwowi. Bierze się to z niepewności, co za chwilę zrobi trzymana w ręku kolba pełna bulgoczącej cieczy, z którą właśnie przeprowadza się doświadczenia.
— Owszem, to też. Jakaś rozrywka, w samej rzeczy — zgodził się Silverfish.
— Wielkie dramaty historyczne — mówił Peavie. — Wystarczy przygotować scenę, zebrać paru aktorów, zagrają raz, a potem ludzie na całym Dysku będą mogli to oglądać do woli! Przy okazji zaoszczędzi się na honorariach — dodał.
— Byle ze smakiem — zaznaczył Silverfish. — To wielka odpowiedzialność. Musimy dopilnować, żeby nie powstało coś, co może być w jakiś sposób… — Ucichł na moment. — No wiecie… nieokrzesane.
— Przeszkodzą nam — mruknął posępnie Lully. — Już ja znam tych magów.
— Przemyślałem tę sprawę — oznajmił Silverfish. — Zresztą światło i tak jest tutaj marne. Co do tego się zgodziliśmy. Musimy mieć czyste niebo. I musimy to robić daleko, jak najdalej stąd. Chyba znam odpowiednie miejsce.
— Wiecie, wciąż nie mogę uwierzyć w to, co robimy — rzekł Peavie. — Miesiąc temu była to tylko szalona idea. A teraz wszystko jakoś działa! Jak zaczarowane! Ale nie dzięki czarom, jeśli rozumiecie, co mam na myśli — dodał pospiesznie.
