
I poczłapał z powrotem do ruin.
Gardło spoglądał za nim przez chwilę.
— Ciekawe, o co mu chodziło — mruknął. Po czym wzruszył ramionami i podniósł głos do krzyku. — Paszteciki! Gorące kiełbaski! W bułce! Świeżutkie! Świnia jeszcze nie zauważyła, że zniknęły!
* * *
Migotliwa, wirująca idea ze wzgórza przyglądała się temu z wysoka. Alchemik nie miał pojęcia, że tam jest. Wiedział tylko, że jest dzisiaj niezwykle pomysłowy. Teraz idea zauważyła umysł sprzedawcy pasztecików.
Znała takie umysły. Uwielbiała takie umysły. Umysł, który potrafi sprzedawać koszmarne paszteciki, potrafi również sprzedawać marzenia. Skoczyła.
Na dalekim wzgórzu bryza rozwiewała zimny, szary popiół. Niżej, o stóp pagórka, w zagłębieniu między dwoma kamieniami, gdzie walczył o przetrwanie karłowaty jałowiec, poruszył się wąski strumyczek piasku.
* * *
Bum!
Delikatny obłok tynkowego pyłu spłynął na biurko właśnie w chwili, kiedy Mustrum Ridcully, nowy nadrektor Niewidocznego Uniwersytetu, usiłował zawiązać wyjątkowo oporną muchę. Wyjrzał przez witrażowe okno. Chmura dymu unosiła się nad przedmieściem Ankh-Morpork.
— Kwestooor!
Zdyszany kwestor zjawił się po kilku sekundach. Głośne hałasy zawsze go niepokoiły.
— To alchemicy, mistrzu — wysapał.
— Już trzeci raz w tym tygodniu. Przeklęci handlarze fajerwerków — mruczał pod nosem nadrektor.
— Obawiam się, że tak, mistrzu — zgodził się kwestor.
— Co oni tam wyprawiają?
— Naprawdę nie wiem, mistrzu. — Kwestor powoli odzyskiwał oddech. — Alchemia nigdy mnie nie interesowała. Jest zbyt… zbyt…
— Niebezpieczna — oświadczył stanowczo nadrektor. — Tylko mieszają różne paskudztwa i powtarzają: „Zaraz, a co się stanie, jeśli dodam kropelkę tego żółtego…”. A potem biegają przez dwa tygodnie bez brwi.
— Chciałem powiedzieć: niepraktyczna — dokończył kwestor. — Próbują robić wszystko trudniejszym sposobem, kiedy jest przecież dostępna zwyczajna, codzienna magia.
