
– Oczywiście – odparła. – Pod warunkiem, że wcześnie wrócisz. Z kim się wybierasz?
– Jason dostał właśnie prawo jazdy i ojciec pozwolił mu wziąć samochód. Mamy jeszcze zabrać Suze j Frawley. Aha, powiedziałem Shannon, że też się może z nami wybrać. Wstąpimy później na colę, ale i tak powinienem być w domu przed jedenastą.
Mówił to wszystko zdawkowym tonem, ale matczyny instynkt podpowiedział Priss, że wzmianka o córce Coopera wcale nie była przypadkowa. Maitlandowie mieszkali tu dopiero od tygodnia. Priss chciała utrzymywać z nimi dobrosąsiedzkie stosunki, ale nie spodziewała się, że będzie widywać Coopera codziennie ani że imię „Shannon” nie będzie schodzić z ust jej syna.
– Często się z nią widujesz – zauważyła. Matt rzucił się na dwa kawałki szarlotki, leżące przed nim na talerzyku. Połknął pierwszy i uśmiechnął się do niej.
– To nic poważnego, mamo. Nie musisz się przejmować.
– Wcale nie mówiłam, że się przejmuję – zaprzeczyła gwałtownie. – To milo, że się nią zająłeś. Nie zna przecież nikogo w Bayville. Tyle że… widujesz się z nią praktycznie codziennie. Mart znowu posłał jej uśmiech.
– Uważa, że jestem przystojny. Nie mogę przecież puścić kantem takiej dziewczyny – stwierdził.
– No, no, kto by pomyślał – powiedziała z udawanym gniewem. – Przybędzie nam jeszcze jeden samochwała w miasteczku. Czy Shannon spotyka się też z innymi dziećmi? – spytała po chwili, specjalnie używając słowa „dzieci”.
Mart wzruszył ramionami.
– Tak, chociaż nie wszyscy ją lubią. Robi wiele rzeczy na pokaz, wiesz, miastowe ciuchy, gadka – szmatka, ale kiedy zapomina, że powinna robić na nas odpowiednie wrażenie, jest zupełnie fajna. Ojej! – Syn spojrzał na wiszący w jadalni zegar i szybko pochłonął drugi kawałek ciasta. – Muszę już iść, mamo.
Zerwał się szybko na równe nogi, pozbierał talerze, miski i balansując kruchą wieżą z porcelitu i szkła niczym cyrkowiec, zaniósł to wszystko do zlewu. Następnie pochylił się tak, by mogła pocałować go w policzek.
