Tymczasem nie potrafiłem jakoś znaleźć w sobie odpowiednich słów, w każdym razie było tego za mało na książkę. Zresztą teraz też nie bardzo wiem, jak o tym opowiadać, mimo że jestem już starym prykiem, otoczonym wspomnieniami, Pall Mallami i dorosłymi synami.

Kiedy myślę o tym, jak bezużyteczne były moje wspomnienia wyniesione z Drezna i jak mnie jednocześnie kusiło, żeby o nim napisać, przypomina mi się znany limeryk:

— Pewien młody człowiek rodem z Ankary Tak przemawiał do swojej fujary: Tyś mi życie zmarnował, Z mienia wyzuł i zdrowia, A dziś nie chcesz nawet lać, błaźnie stary?!

Przypomina mi się też piosenka:


— Nasyfam się Yon Yonson, Przybyłem tu z Fisconsin, Zajęcie tam w tartaku dobre mam. Gdziekolfiek się pokażę, Fesołe fidze tfarze I fszyscy proszą mnie: „Ach przedstaf, przedstaf się!” Więc odpofiadam, że Nasyfam się Yon Yonson…

I tak dalej, w nieskończoność.

W ciągu tych lat znajomi nieraz pytali mnie, nad czym teraz pracuję, i zwykle odpowiadałem, że najważniejsza jest moja książka o Dreźnie.

Powiedziałem to kiedyś Harrisonowi Starrowi, który pracuje w filmie, na co uniósł brwi i spytał:

— Czy to jest książka antywojenna?

— Tak — odpowiedziałem. — Chyba tak.

— Czy wiesz, co mówię facetom, którzy piszą książki przeciwko wojnie?

— Nie. Ciekawe, co im mówisz.

— Mówię: Dlaczego nie piszesz książek przeciwko lodowcom?



2 из 152