
Tymczasem nie potrafiłem jakoś znaleźć w sobie odpowiednich słów, w każdym razie było tego za mało na książkę. Zresztą teraz też nie bardzo wiem, jak o tym opowiadać, mimo że jestem już starym prykiem, otoczonym wspomnieniami, Pall Mallami i dorosłymi synami.
Kiedy myślę o tym, jak bezużyteczne były moje wspomnienia wyniesione z Drezna i jak mnie jednocześnie kusiło, żeby o nim napisać, przypomina mi się znany limeryk:
Przypomina mi się też piosenka:
I tak dalej, w nieskończoność.
W ciągu tych lat znajomi nieraz pytali mnie, nad czym teraz pracuję, i zwykle odpowiadałem, że najważniejsza jest moja książka o Dreźnie.
Powiedziałem to kiedyś Harrisonowi Starrowi, który pracuje w filmie, na co uniósł brwi i spytał:
— Czy to jest książka antywojenna?
— Tak — odpowiedziałem. — Chyba tak.
— Czy wiesz, co mówię facetom, którzy piszą książki przeciwko wojnie?
— Nie. Ciekawe, co im mówisz.
— Mówię: Dlaczego nie piszesz książek przeciwko lodowcom?
