
– I to wysoko – uzupełnił major. – Wiemy. I ze skruchą się pan nie spieszy. Trudna sprawa. – Pokręcił głową. – Niczego nie obiecuję, to nie mój departament. Zobaczę, czy cokolwiek da się zrobić. Jakieś inne życzenia?
– Nie byłem jeszcze w Chinach – zakpił.
– Paszport znaczy? – zadumał się urzędnik. – No, nie wiem, to też nie ode mnie zależy. Zresztą teraz granica jest praktycznie zamknięta. Ale za jakiś czas, może…
– Na co mogę zatem liczyć?
– Kartki na mięso. Górniczy przydział, sześć kilo na miesiąc. W zależności od wyników może nawet dostęp do sieci specjalnych sklepów.
Dobre i to, pomyślał orientalista. Ale jeśli się sprzedawać, to drożej…
– A dałoby się popchnąć sprawę z moim fiacikiem? Zrobiłem przedpłatę, miał być rok temu do odebrania, ale wszystko strasznie się opóźnia…
– Zobaczę, co da się zrobić – powtórzył po raz kolejny ubek. – Parę lat opóźnienia to dziś norma.
Doktor westchnął głęboko.
– Zatem czego oni tu szukają?
– Zabrzmi to idiotycznie, ale twierdzą, że chcą odnaleźć jakieś jajka. Ich kumple, czy może krewni, ukryli je tu wiele lat temu, a że takie zgniłki to podobno przysmak, przybyli je odszukać. Zresztą pan oceni, na ile to wiarygodne…
– Brzmi dość konkretnie. Chińscy kucharze preparują kurze jajka w ten sposób, że trzymają je w wapnie. Zawartość ścina się w galaretę. To raczej kuchnia kontynentalnych Chin. Z drugiej strony z Czang Kaj-szekiem uciekło tak wielu… Tylko że te przepisy, o których słyszałem, zalecają spożywać jajka już po kilku tygodniach.
– I da się to jeść? – Na twarzy ubeka odmalowało się głębokie obrzydzenie. – Toż to musi śmierdzieć na kilometr.
– Pojęcia nie mam, nigdy nie próbowałem. Ale ponoć uchodzą za rarytas… I kosztują też niemałe pieniądze.
– No to się nie dziwię, że dali solidnie w łapę komu trzeba, by móc ich tu szukać – mruknął major. – I mówi pan, że po kilku tygodniach już do jedzenia, a oni starszych szukają? Podejrzane, podejrzane… – Podrapał się po tłustym podbródku.
