
Weszli na piętro. Pokoik był niewielki i urządzony przez kogoś pozbawionego jakiegokolwiek gustu. Dwa łóżka, dwie szafki nocne, obrzydliwa reprodukcja na ścianie, równie paskudny syntetyczny dywan na podłodze.
– Proszę, niech pan usiądzie – powiedział Smith. – Nie wiem, na ile się pan orientuje… Nasz problem jest bardzo złożony. Czy jest pan historykiem?
– Sinologiem.
– To się nawet nieźle składa. Nie znamy miasta, panna Wong nie zna też języka. W tych warunkach prowadzenie poszukiwań jest szczególnie trudne. Bardziej potrzebowalibyśmy historyka, może nawet archeologa. Ale cóż… Przecież nierozsądnie byłoby odmawiać. – Zmrużył oczy.
Wie, że przysłano mnie w określonym celu, zrozumiał Gazdowski. Cokolwiek powiem, zabrzmi nieszczerze.
– Może będę mógł jakoś pomóc? – wolał zmienić temat.
– Pod koniec dziewiętnastego wieku istniała w Warszawie niewielka chińska diaspora. Kuzyn pradziadka panny Wong był kimś w rodzaju przywódcy tej społeczności. Ostatni list wysłał do domu jeszcze przed wojną mandżurską. Pisał w nim, że przygotował piwniczny skład jajek i zamurował wejście. Chcemy to odszukać. Mija siedemdziesiąt pięć lat… Sądzimy, że jaja znajdują się, że tak powiem, w pełni rozkwitu.
– Daruje pan, ale to się nie trzyma kupy – wybuchnął Polak.
– Co takiego?
– Czytałem chińskie poradniki. Te rzekomo stuletnie jaja w rzeczywistości maceruje się przez kilkadziesiąt dni.
Smith uśmiechnął się tylko.
– To, co zwykle oferują restauracje, to tylko marna podróbka. Takie trzymiesięczne jajeczko kosztuje może kilka dolarów. Coś jak wasza kiełbasa z ochłapów i papieru gazetowego. Jak sztucznie postarzane wina. My szukamy prawdziwych delikatesów, jaj leżakowanych przez dziesięciolecia – odezwała się dziewczyna.
Dialekt, którym mówiła, był dla doktora ledwo zrozumiały.
– Czy pani mówi po polsku? – zdumiał się.
– Nie mówię, ale z grubsza rozumiem, o czym mówicie – odparła.
