Jak się potem okazało, Jean nie tylko według niej był największą atrakcją tego cyrku w Berlinie. Ściągnęli ich z całej Europy do centrali w Berlinie, aby powiedzieć, że tak naprawdę nie mają nic do powiedzenia. Od roku tkwiła wespół z ich belgijskim odpowiednikiem w projekcie, który w Polsce nie mógł się udać. Urządzenia, które chcieli sprzedawać, po prostu nie pasowały do polskiego rynku. Trudno sprzedawać Eskimosom kremy utrwalające opaleniznę. Nawet jeśli są to kremy najwyższej jakości.

W ogóle nie chciała tutaj przyjeżdżać i robiła wszystko, aby przerzucić ten wyjazd na kogoś innego z jej działu. Planowali z mężem od dawna wyjazd w Karkonosze z wypadem do Pragi. Nie udało się. Na wyraźne polecenie z Berlina miała przyjechać właśnie ona. Na dodatek pociągiem, bo żeby ten pobyt w Berlinie miał w ogóle sens, musiała najpierw spędzić jeden dzień w filii ich firmy w Poznaniu.

Jadąc tutaj z Warszawy – ostatnio nienawidziła jeździć pociągami -miała bardzo dużo czasu, aby opracować strategię, która pozwoliłaby jej odwieść centralę od tego projektu. Jednak Jean, ten Belg ze spinkami pasującymi chyba nawet do pogody, przekonał wszystkich, że „rynek w Polsce jeszcze sam nie wie, że potrzebuje tych urządzeń" i że on „ma genialnie prosty pomysł na to, aby polski rynek się o tym dowiedział". Potem przez godzinę na tle wypieszczonych, kolorowych slajdów opowiadał o swoim „genialnie prostym pomyśle".

Mało, że ona sama opowiedziałaby o tym w kwadrans i do tego znacznie lepszą angielszczyzną, to na dodatek nic – z wyjątkiem mapy Polski – na jego slajdach nie odpowiadało rzeczywistości. Ale to nie zrobiło na nikim oprócz niej specjalnego wrażenia. Było widać, że dyrektorka z Berlina podjęła decyzję już przed prezentacją. Ona też podjęła decyzję już przed prezentacją.



7 из 366