Gdy MacEwan spytał go, czy może pomóc opatrzonemu wcześniej pobratymcowi, odparł, że brak mu wykształcenia medycznego i nie potrafi wymyślić nic lepszego ponad to, co już zostało zrobione.

Z czasem udało im się uwolnić z rumowiska jeszcze wielu chodzących, pełzających albo czołgających się rannych. Wszystkich kierowali ku przejściu do rękawa, aż zgromadził się tam spory tłumek istot, z których większość wydawała tylko nieartykułowane jęki bólu. Odgłosy dochodzące z rumowiska były w porównaniu z tą kakofonią dość słabe.

Niestrudzeni Hudlarianie pracowali, ginąc co chwila w tumanach kurzu, jednak trafiali już prawie wyłącznie na zmasakrowane zwłoki, w tym kolejnego zmarłego z upływu krwi Kelgianina, dwóch albo trzech zmiażdżonych Melfian i przygniecionego belką z sufitu Tralthańczyka. Ten ostatni jeszcze się ruszał.

MacEwan obawiał się dotknąć któregokolwiek z rannych, nie chcąc wyrządzić im jeszcze większej krzywdy, ale z drugiej strony czuł, że wielu z nich mógłby pomóc, gdyby tylko wiedział jak. Był coraz bardziej zły na siebie i własną bezużyteczność, a na dodatek chlor zaczynał przenikać mu z wolna przez maskę.

— Ten wydaje się cały — powiedział stojący obok Hudłarianin, unosząc z ciała Tralthańczyka ciężki blat stołu. Olbrzym leżał na boku, a jego sześć nóg drgało lekko. Ani kopulasta głowa, ani kończyny czy okryty grubą skórą tułów nie nosiły śladów obrażeń. — Czyżby tylko zatruł się chlorem?

— Możesz mieć rację — odparł MacEwan. Wraz z Grawlya-Ki przysunął maski do nozdrzy Tralthańczyka, jednak następne minuty nie przyniosły poprawy. Coraz silniej piekły go oczy, mimo że podobnie jak przyjaciel przyciskał teraz jedną ręką maskę do twarzy. — Macie jakieś pomysły? — rzucił ze złością, która brała się wyłącznie z jego bezradności.



18 из 185