
– Świetnie, jestem gotowa. – Sięgnęła po walizkę.
– No to idziemy. – Jake odwrócił się na pięcie. Phyllida musiała jeszcze podziękować młodemu urzędnikowi.
Jak zwykle przeszkadzała jej walizka, pomimo starań, tańcząca na wszystkie strony. Jake zatrzymał się. Czekał zniecierpliwiony, z niesmakiem obserwując te zmagania. Nie zamierzał jej pomóc, o co zresztą nie zamierzała go prosić. Wystarczy, że się upokorzyła przymawiając się o lot.
– Och! – Nie skoncentrowała się i walizka boleśnie uderzyła ją w nogi, zanim upadła z donośnym łoskotem, wzmocnionym akustyką pustego dworca lotniczego.
– Wygląda na to, że masz kłopoty – zauważył złośliwie Jake. – Chyba, że to kolejny przykład samodzielności.
Phyllida rozcierała łydki. W dziecinnym geście kopnęła walizkę.
– Miała jeździć na kółkach – poskarżyła się. – Jednak tak się wierci, że wciąż obija mi nogi. Proszę – odwróciła się – zniszczyła mi obcasy.
Jake wcale się tym nie przejął.
– To nie wina walizki – zauważył sucho. – Nie nadaje się do takiego obciążenia. Gdyby pani mniej ją załadowała, sprawowałaby się lepiej.
– Musiałabym zostawić połowę rzeczy – mruknęła Phyllida. – Co za sens wozić pustą walizkę?
– Po co brać walizkę, której nie można udźwignąć?
– Potrafię… – zaczęła, ale Jake przerwał jej w pół słowa. Odsunął ją na bok i podniósł walizkę.
– Nie potrafisz jej podnieść, prawda?
– Nie – burknęła, patrząc w podłogę.
– Słucham?
– Nie potrafię jej podnieść! – krzyknęła. Udało mu sieją sprowokować. – Jest za ciężka i żałuję, że nie wzięłam mniejszej. Zadowolony, czy mam to napisać pięćdziesiąt razy w trzech egzemplarzach?
Jake nie roześmiał się, choć w oczach zamigotały mu wesołe iskierki.
– Nie umiesz poddawać się z wdziękiem?
– Nie znoszę się poddawać. – Wysunęła wojowniczo podbródek. Jake przyglądał się jej z rozbawieniem.
– Być może trzeba się będzie tego nauczyć.
