
– Co zrobiłaś?
– Wróciliśmy do domu. – Bezradnie opuściła ręce. – Tutaj przynajmniej jesteśmy na swoim terenie. Niestety, niańka tak się bała, że wymówiła pracę, a ja nie odważyłam się szukać następnej. Nie mogę przekazać dziecka w obce ręce, gdy wiem, że w pobliżu krąży człowiek, który może zrobić mu krzywdę.
– Więc kto się nim opiekuje?
– Ja.
Obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Była ubrana w seledynowy kostium i pantofle na wysokich obcasach, miała staranny makijaż i wypielęgnowane dłonie. Zrobił tak zdumioną minę, że oblała się rumieńcem.
– Normalnie ubieram się inaczej.
Nie dodała, że ubrała się tak celowo, ponieważ chciała sprawić na nim dobre wrażenie. Niepotrzebnie się fatygowała; powinna była pamiętać, że jemu bardzo trudno zaimponować.
Michael odchylił się na krześle, założył ręce za głowę i z rozbawieniem patrzył na elegancką, ale jakże bezradną kobietę. Rosalind z przykrością uświadomiła sobie, że w oczach Michaela wygląda groteskowo, ponieważ ubrała się bardziej jak na pokaz mody niż do opieki nad niesfornym dzieckiem.
– Chciałbym zobaczyć, jak sobie radzisz z umorusanym berbeciem – rzekł uśmiechnięty.
– Może zobaczysz – rzuciła wojowniczo.
Błysk rozbawienia w oczach zmienił chłodnego mężczyznę w Michaela, którego pamiętała: intrygującego, niedostępnego, o niespodziewanym a zarazem urzekającym uśmiechu. Przypomniała sobie jego chłodne usta i gorące dłonie, wyraz oczu, gdy brał ją w ramiona… przypomniała sobie rzeczy, które rozsądniej byłoby wymazać z pamięci.
Michael przestał się uśmiechać i wstał.
– Jestem pewien, że czekasz na słowa współczucia. To prawda że mi ciebie żal, ale nie rozumiem, czego się po mnie spodziewasz i co osiągniesz, wyjeżdżając ze mną do Askerby. Jeśli osobnik, który cię prześladuje, może lecieć za tobą do Los Angeles, tym łatwiej znajdziecie w Yorkshire.
