
Rozdział 5
Czepek
Mała Peggy stała przy oknie i obserwowała burzę. Widziała wszystkie te płomienie serc, zwłaszcza jeden, jasny jak słońce. Ale otaczała je ciemność. Nie, nawet nie ciemność — pustka, jakby Bóg nie dokończył stwarzania tej części Wszechświata. Pustka wirowała wokół światełek, próbując oderwać je od siebie, rozrzucić i pochłonąć. Mała Peggy rozumiała, czym jest ta pustka. Kiedy widziała gorące, żółte płomienie serc, dostrzegała też inne kolory. Głęboki, ciemny pomarańcz ziemi. Wyblakłą szarość powietrza. I bezdenną, czarną nicość wody. To woda ich teraz atakowała. Rzeka… ale mała Peggy nie pamiętała jej tak czarnej, tak potężnej i strasznej. Płomienie serc były maleńkimi światełkami wśród nocy.
— Co widzisz, moje dziecko? — zapytał dziadunio.
— Rzeka ich porwie.
— Mam nadzieję, że nie. Mała Peggy zaczęła płakać.
— Sama widzisz — westchnął dziadunio. — Nie zawsze jest tak wspaniale, kiedy się widzi daleko. Prawda?
Pokręciła głową.
— Ale może nie będzie tak źle jak myślisz.
Właśnie w tej chwili zobaczyła, jak jeden płomyk serca odrywa się od pozostałych i spada w ciemność.
— Oj! — krzyknęła i wyciągnęła rękę, jak gdyby mogła pochwycić światło i przesunąć je z powrotem. Ale nie mogła, oczywiście. Widziała daleko i wyraźnie, ale nie potrafiła tam sięgnąć.
— Są straceni? — chciał wiedzieć dziadunio.
— Jeden — szepnęła mała Peggy.
