
Jest młody, ma jasne włosy i ledwie widoczny puch na brodzie. Otwiera usta, z których wydobywają się różowe pęcherzyki piany. Na jego piersi rozprzestrzenia się plama krwi.
Klękam przy nim i rozdzieram mu koszulę, obnażając ranę, która znajduje się nieco na lewo od mostka.
Ostrze noża wniknęło gładko pomiędzy żebrami i z całą pewnością przebiło płuco, a może nawet naruszyło osierdzie.
Rana jest śmiertelna, i on o tym wie.
Próbuje coś do mnie powiedzieć, porusza bezdźwięcznie wargami, starając się zogniskować wzrok.
Chce, żebym się bardziej nad nim pochylił, jak gdybym miał wysłuchać jego przedśmiertnej spowiedzi, ale nie jestem w najmniejszym stopniu zainteresowany tym, co mógłby mi powiedzieć.
Patrzę tylko na jego ranę, na krew.
Jestem obeznany z krwią.
Znam jej wszystkie składniki, podziwiałem mnogość odcieni czerwieni, mając do czynienia z niezliczoną ilością próbek do analizy.
Umieszczałem probówki w wirówce, gdzie zamieniała się w dwa kolorowe słupki komórek i surowicę o barwie słomy.
Znam jej połysk, jej jedwabistą konsystencję.
Lubiłem patrzeć, jak po nacięciu wypełza cienkimi strumyczkami ze skóry.
Krew płynie z jego piersi jak święta woda z konsekrowanego źródła.
Przyciskam rękę do rany, krew pokrywa moją dłoń niczym szkarłatna rękawiczka, czuję na skórze jej płynne ciepło.
Mężczyzna myśli, że próbuję mu pomóc, widzę w jego oczach iskierkę wdzięczności; zapewne nie spotkał w swoim krótkim życiu wielu przejawów życzliwości.
Ironia losu sprawia, że mój gest zostaje poczytany jako akt miłosierdzia. Słyszę z tyłu chrzęst butów i głosy wywrzaskujące rozkazy: „Cofnąć się! Wszyscy do tyłu”!
Ktoś chwyta mnie za koszulę i podrywa na nogi. Zostaję odrzucony w tył, z dala od umierającego. Zapędzają nas w róg placu, kurz się kłębi, powietrze drży od wrzasków strażników. Narzędzie zbrodni, porzucony nóż, leży na ziemi.
