
Podobną samotność odczuwał po śmierci rodziców, kiedy to uświadomił sobie, że teraz na niego spada cała odpowiedzialność za młodszego brata, Antonia. Ta sama bezbrzeżna samotność osaczyła go, kiedy pięciu rycerzy pozbawiło go egzystencji ludzi żywych. Odczuwał ją także teraz, siedząc przy posłaniu Unni, jedynej miłości swego życia. Wiedział bowiem, że ta miłość nie ma przyszłości ani żadnej nadziei, toteż uczucie opuszczenia było dużo większe niż zwykle.
Przypominał sobie, jak stał na zwietrzałych pozostałościach krateru Laki, a straszliwa samotność czaiła się zewsząd niczym potężne fale rozpalonej lawy, gotowa go pochłonąć tak, by czarna ciemność zamknęła się nad nim na wieki.
Podobnie czuł się i w tej chwili. Nigdy przedtem nie znajdował się aż tak bardzo poza ludzką wspólnotą, Unni przebywała setki mil od niego.
Jordi drgnął, wrócił do rzeczywistości. Dotychczas Unni leżała spokojnie. Teraz odrzuciła kołdrę, zasłaniającą jej policzek. Nadal spała, ale wyraz jej twarzy zmienił się bardzo.
4
Było bardzo cicho.
Najpierw niezauważalnie, niczym szum w uszach, ledwo słyszalny, narastała żałosna skarga.
Skarga wiatru.
Ale przecież tutaj nie ma wiatru.
Unni na tyle jeszcze zachowała przytomność, by wiedzieć, gdzie się znajduje. Chciała wyciągnąć rękę i dotknąć Jordiego, czuła bowiem, że jest to strasznie głupi eksperyment, który otworzy przed nią całą grozę świata, ale nie mogła się ruszyć. Wiedziała tylko, że Jordi jest w pobliżu, w pokoju bowiem panował chłód.
Senne wizje powoli wypierały rozdygotane obrazy i myśli, wypełniające jej umysł w chwili zasypiania. Pojawiła się mgła, a w niej, gdzieś daleko, ktoś szedł ku Unni.
