
WROCŁAW, TEGOŻ 13 MAJA 1933 ROKU.
GODZINA ÓSMA RANO
W soboty Mock przychodził do Prezydium Policji o dziewiątej rano.
Portierzy, gońcy i wywiadowcy znacząco spoglądali po sobie, kiedy lekko uśmiechnięty, niewyspany radca uprzejmie odpowiadał na pozdrowienia ciągnąc za sobą smugę zapachu drogiej wody kolońskiej od Welzla. Ale w dzisiejszą sobotę nikomu nie przypominał owego zadowolonego z siebie policjanta, zwierzchnika łagodnego i wyrozumiałego. Już o ósmej wszedł do gmachu, trzaskając drzwiami. Wyprostował kilkakrotnie skrzydła parasola, rozsiewając wokół kropelki wody. Nie odpowiadając na „dzień dobry panu radcy” portiera i zaspanego gońca, wbiegł szybko po schodach. Noskiem buta zawadził o najwyższy stopień i omal się nie przewrócił. Portier Handke nie wierzył własnym uszom – po raz pierwszy usłyszał soczyste przekleństwo z ust Mocka.
– Oj, pan radca dzisiaj niełaskaw – uśmiechnął się do gońca Bendera.
Mock tymczasem wszedł do swego gabinetu, usiadł za biurkiem i zapalił cygaro. Niewidzący wzrok utkwił w ścianie z glazurowanych cegieł. Zdawał sobie sprawę, że siedzi w płaszczu i w kapeluszu, lecz nie ruszał się z miejsca. Po kilku minutach rozległo się pukanie do drzwi i wszedł Forstner.
– Za godzinę mają tu być wszyscy.
– Już są.
Radca po raz pierwszy spojrzał na swojego asystenta z chłodną życzliwością.
– Forstner, proszę umówić mnie na rozmowę telefoniczną z profesorem Andreae z uniwersytetu. Proszę też zadzwonić do rezydencji barona Oliviera von der Maltena i zapytać, o której pan baron byłby skłonny mnie przyjąć. Za pięć minut odprawa u mnie.
Mockowi wydawało się, że Forstner wychodząc trzasnął obcasami. Wywiadowcy i inspektorzy, noszący tytuły asystentów, sekretarzy i wachmistrzów kryminalnych, bez zdziwienia patrzyli na nieogolonego szefa i bladego Forstnera. Wiedzieli, że dzisiejsze problemy żołądkowe tego ostatniego nie wynikają bynajmniej z przejedzenia się ulubioną kaszanką z cebulą.
