
– Panie profesorze, wykłada pan na naszym uniwersytecie już trzydzieści lat. Sam miałem przyjemność słuchać pana, kiedy przed laty studiowałem filologię klasyczną… Ale byli wśród pańskich studentów i tacy, którzy poświęcili się całkowicie orientalistyce. Czy może przypomina sobie pan profesor któregoś z nich zachowującego się nienormalnie, wykazującego jakieś odchylenia, zboczenia…?
Andreae był niskim, zasuszonym starcem o krótkich nogach i długim tułowiu. Siedział teraz w swym wielkim fotelu i poruszał w powietrzu stopami w sznurowanych bucikach. Mock zmrużył oczy i uśmiechnął się w duchu – już widział łatwą karykaturę profesora: dwie kreski pionowe – nos i kozia bródka, trzy kreski poziome – oczy i usta.
– Zycie płciowe studentów orientalistyki – kreska ust Andreae zrobiła się jeszcze cieńsza – bo, jak pan trafnie zauważył, „byli i tacy”, równie mało mnie interesuje, co pańskie…
Radcy kryminalnemu zdawało się, że dzwon wozu strażackiego, który przejeżdżał właśnie Ursulinenstrasse, rozkołysał się w jego piersi.
Wstał i podszedł do biurka profesora. Przycisnął mocno przeguby jego dłoni do oparć fotela i przysunął swoją twarz do koziej bródki.
– Słuchaj no, stary capie, może to ty zabiłeś siedemnastoletnią dziewczynę. Goniłeś ją, groteskowy karle, tak jak lubisz, w turbanie? Rozciąłeś kindżałem jej aksamitny brzuch? – Odsunął się od profesora i usiadł ponownie na krześle. Rozczesał pałacami zwilgotniałe włosy.
– Żałuję panie profesorze, ale ten tekst oddam do ekspertyzy komuś innemu. Poza tym, co pan robił w piątek w nocy między jedenastą a pierwszą? Proszę nie odpowiadać. Ja wiem. A czy chce pan, aby dowiedział się o tym dziekan Wydziału Filozoficznego albo pańscy studenci? Są przecież i tacy.
Andreae uśmiechnął się.
– Na szczęście są. Panie radco, postaram się przełożyć ten tekst tak dobrze, jak tylko potrafię. Poza tym przypomniałem sobie właśnie pewnego studenta wykazującego – jak pan to określił – pewne odchylenia. To baron Wilhelm von Köpperlingk.
