
Właśnie nadchodził z charakterystycznym kuśtykaniem policyjny fotograf Helmut Ehlers. Do Mocka podszedł stary policjant z lampą naftową, którego wysyłano do najbardziej makabrycznych zbrodni.
– Kriminalwachtmeister Emil Koblischke melduje się – przedstawił się, jak zwykle, choć było to niepotrzebne; radca dobrze znał swych podwładnych. Koblischke osłonił dłonią papierosa i przyjrzał się uważnie Mockowi.
– Gdzie jest pan radca i ja, tam musi być źle – pokazał wzrokiem wagon-salonkę, na której przymocowana była tablica „Berlin-Breslau” – tu jest bardzo źle.
Na korytarzu salonki wszyscy trzej ostrożnie przestąpili ciało leżącego kolejarza. Nalana twarz zastygła w maskę bólu. Nie było śladów krwi. Koblischke chwycił zwłoki za kołnierz i posadził, głowa kolejarza przykrzywiła się na bok, a kiedy policjant odchylił kołnierz munduru, Mock i Forstner schylili się nad plecami.
– Daj, Emil, bliżej tę lampę. Nic nie widać – rzucił Mock.
Koblischke przystawił lampę i przewrócił zwłoki na brzuch. Uwolnił jedną rękę od rękawa munduru i koszuli, po czym szarpnął mocno i obnażył plecy i bark zmarłego. Przysunął naftówkę. Policjanci dostrzegli na karku i łopatce kilka czerwonych plamek z siną opuchlizną. Między łopatkami kolejarza leżały trzy rozpłaszczone martwe skorpiony.
– Takie trzy owady potrafią zabić człowieka? – Forstner po raz pierwszy zdradził się z własną ignorancją.
– To nie są owady, Forstner, lecz pajęczaki. – Mock nawet nie tłumił pogardy w głosie. – Poza tym sekcja jeszcze przed nami.
O ile w wypadku kolejarza policjanci mogli mieć jakieś wątpliwości, o tyle przyczyna zgonu dwóch kobiet w salonce była aż nadto oczywista.
Mock łapał się często na tym, że tragiczna wieść wywoływała u niego przewrotne myśli, a wstrząsający widok – rozbawienie.
