
– Otwórz schowek, powinny tam być jakieś kompakty. Wyjęłam kilka z nich, potem wybrałam Carlosa Santanę.
Rozmawialiśmy o szkole, o jego uniwersytecie, a potem o nas.
– Nie chciałabym, żebyś mnie źle osądzał – powiedziałam.
– Żartujesz? To tak jakbym sam siebie źle osądzał… oboje w gruncie rzeczy robimy to samo, w ten sam sposób. Być może w moim przypadku to jeszcze większy wstyd, bo mam dziewczynę. Ale widzisz, ona…
– Nie chce ci dać – przerwałam z uśmiechem.
– No właśnie – powiedział z takim samym uśmiechem. Wjechał w jakąś nędzną dróżkę, a potem zatrzymał się przed zieloną bramą. Wysiadł z samochodu i otworzył bramę; gdy wrócił, zauważyłam, że twarz Che Guevary, nadrukowana na jego koszulce, jest całkowicie mokra.
– Kurwa! – wykrzyknął. – Jest jeszcze jesień, a już mamy taką beznadziejną pogodę. – Potem odwrócił się i spytał: -Nie jesteś trochę zdenerwowana?
Zacisnęłam usta, marszcząc lekko podbródek, i potrząsnęłam głową; po chwili powiedziałam:
– Nie, ani trochę.
By dotrzeć do drzwi, nakryłam głowę torebką; biegnąc tak w deszczu, śmialiśmy się głośno jak dwoje idiotów.
W domu panowała całkowita ciemność; gdy weszłam do środka, poczułam lodowate zimno. Stąpałam z trudem w gęstym mroku, natomiast on był do tego najwyraźniej przyzwyczajony, znał wszystkie kąty i poruszał się z dużą swobodą. Zatrzymałam się w miejscu, gdzie wydawało mi się, że jest trochę jaśniej, i zobaczyłam kanapę, na której położyłam torebkę.
