
– Ile twoja dziewczyna bierze za godzinę? – żartuję.
On robi się poważny i kwitując to pytanie milczeniem, idzie zapłacić. Wtedy ja czuję się winna i przestaję się wygłupiać.
Dzisiaj, gdy łaziliśmy po oświetlonych sklepach, wśród zgorzkniałych młodych sprzedawczyń, zaskoczył nas deszcz i przemoczył papierowe torby, które mieliśmy w rękach.
– Chodźmy pod jakiś portyk! – zawołał i chwycił mnie za rękę.
– Ernesto! – powiedziałam trochę niecierpliwym, ale jednocześnie rozbawionym tonem. – Na ulicy Etnea nie ma portyków!
Spojrzał na mnie w osłupieniu, wzruszył ramionami.
– To chodźmy do mnie do domu!
Nie chciałam tam iść, bo wiedziałam, że jednym z jego współlokatorów jest Maurizio, przyjaciel Roberta. Nie miałam ochoty się z nim widzieć, a tym bardziej nie chciałam, by Ernesto odkrył moje tajemne zajęcia.
Jego dom znajdował się w odległości kilkuset metrów od miejsca, w którym staliśmy, pokonaliśmy je więc szybkim krokiem, trzymając się za ręce. Fajnie było biec tak z kimś, nie myśląc o tym, że muszę się potem położyć na łóżku i bez zahamowań pójść na całość. Chciałabym choć raz być tym, kto decyduje, kiedy i gdzie to zrobić, jak długo i z jaką dozą pożądania.
– Jest ktoś w domu? – szepnęłam do niego, wchodząc po schodach. Usłyszałam odbite echo swych słów.
– Nie – odparł, łapiąc oddech. – Wszyscy wyjechali do domu na wakacje. Został tylko Gianmaria, ale teraz go nie ma.
Zadowolona, szłam za nim, zerkając ukradkiem w lustro na ścianie.
Jego dom jest prawie pusty, ale obecność czterech mężczyzn jest wyraźnie zauważalna: panuje tu nieprzyjemny zapach (tak, ten przytłaczający zapach spermy), a bałagan panoszy się we wszystkich pokojach.
Rzuciliśmy torby na podłogę i zdjęliśmy przemoczone ubrania.
