— A po co to robią?

— Ich spytaj. Jedno plemię, zwą się Uala, dotarliśmy do nich swego czasu, ma duży podwójny krąg. Niebieskie głazy z wierzchołkami pomalowanymi na czerwono. Zupełnie jak wetknięte pionowo w ziemię gigantyczne kozie kutasy. Sprośni są ci tubylcy…

— Co to było? — Mirisati wskazał mieczem kępę wrzosów na skraju lasu.

— Niczego nie widziałem. — Koza wpatrzył się w to samo miejsce, ale zapadający mrok zacierał kształty.

— A ja owszem. Lis, a może i jeleń. Przydałoby się trochę świeżego mięsa. — Wspiął się na szczyt wału, aby się lepiej przyjrzeć.

— Wracaj! To mogło być wszystko.

— Nie ma się co bać cieni, staruszku. Nie zrobią krzywdy.

Mirisati roześmiał się i już miał zeskoczyć, gdy nagle coś świsnęło w powietrzu. Oszczep wbił się głęboko w szyję wojownika, strącając go z hałasem na sam dół. Legł z rozrzuconymi nogami i zdumieniem zastygłym w szklistych oczach. Objął jeszcze dłonią drzewce i zmarł.

— Alarm! — krzyknął Koza. — Alarm! — powtarzał raz za razem, uderzając mieczem o tarczę.

Następne włócznie nie nadleciały, ale kiedy Koza wychylił się ostrożnie ponad obwałowanie, ujrzał biegnących od strony lasu ludzi. Poruszali się szybko i cicho jak wilki. Pomimo zimy byli nadzy, mieli tylko krótkie skórzane spódniczki. Jeden, który biegł na przedzie, usiłował trafić w Kozę oszczepem, ale wojownik bez trudu wykonał unik. Widocznie tej broni napastnicy używali głównie do polowań, pozostali bowiem nieśli tylko okrągłe tarcze i kamienne topory bojowe. Kilku miało zawieszone na szyi noże. Wszyscy byli białowłosi, z bujnymi, równie białymi wąsami. Nadciągali w wielkiej liczbie.



5 из 285