Cordelia przeniosła się w marzeniach na równiny, pragnąc na własne oczy ujrzeć niezwykłe zjawisko — wodę padającą z nieba — nagle jednak coś wyrwało ją z zamyślenia.

— Co, do diabła, Rosemont tam pali? Paskudnie śmierdzi — mruknęła.

Zza następnego garbu, wyrastającego na zboczu góry, unosił się słup czarnego, tłustego dymu. Wyżej wiatr rozwiewał gęste kłęby, które rzedły, rozpływały się, by wreszcie zniknąć bez śladu. Źródło dymu niewątpliwie leżało gdzieś w pobliżu ich bazy wypadowej. Cordelia wpatrywała się przez moment w dziwne zjawisko.

Nagle ciszę przeszył odległy jęk silników, po sekundzie przechodzący w głośny ryk. Ich ładownik wypadł zza wzniesienia i przemknął po niebie, pozostawiając za sobą błyszczącą smugę zjonizowanych gazów.

— Ale start! — wykrzyknął Dubauer, gwałtownie unosząc głowę.

Cordelia uruchomiła naręczny komunikator o krótkim zasięgu.

— Naismith do Bazy Jeden. Odezwijcie się, proszę.

Odpowiedział jej jedynie martwy szum. Jeszcze dwa razy wezwała bazę, z tym samym skutkiem. Podporucznik Dubauer nerwowo zaglądał jej przez ramię.

— Spróbuj użyć swojego — rozkazała. Posłuchał — bez powodzenia.

— Spakuj swoje rzeczy, wracamy do obozu — zdecydowała. — Migiem.

Truchtem pokonali najbliższy grzbiet i zdyszani wpadli do lasu. Wśród rosnących na tej wysokości smukłych, brodatych drzew leżało mnóstwo zwalonych pni, dodatkowo splątanych ze sobą gałęziami. Kiedy wspinali się na górę, wydały się im czarująco dzikie, obecnie przekształciły się w niebezpieczny tor przeszkód. W umyśle Cordelii pojawiały się kolejne wizje możliwych katastrof, każda dziwaczniejsza od poprzedniej. Tak właśnie w dawnych czasach lęk przed nieznanym zrodził smoki, upomniała się w myślach, opanowując panikę.



2 из 262