W tym czasie Vorkosigan zgromadził spory stos drewna.

— Jak zamierzasz je podpalić? — spytała Cordelia.

— Kiedy byłem małym chłopcem, musiałem nauczyć się rozpalać ogień za pomocą tarcia. — Vorkosigan przywołał dawne wspomnienia. — Na szkolnym obozie wojskowym. To wcale nie takie proste. Zabrało mi całe popołudnie. Prawdę mówiąc, nigdy nie rozpaliłem ognia w ten sposób — poradziłem sobie, rozbierając akumulator komunikatora. — Zaczął grzebać w kieszeniach i za pasem. — Instruktor był wściekły. Zdaje się, że komunikator należał do niego.

— Nie masz żadnych zapalników chemicznych? — Cordelia skinieniem głowy wskazała pas ze sprzętem.

— Zakłada się, że jeśli potrzebujesz ciepła, możesz zawsze użyć łuku plazmowego — klepnął dłonią pustą kaburę. — Mam inny pomysł. Odrobinę drastyczny, ale sądzę, że zadziała. Lepiej usiądź gdzieś z twoim botanikiem. Może być głośno.

Z uchwytu z tyłu pasa wyjął bezużyteczną baterię łuku plazmowego.

— Oho! — rzuciła Cordelia, odsuwając się szybko. — Czy to nie lekka przesada? A poza tym, co z kraterem? Z powietrza będzie widoczny w promieniu dziesiątków kilometrów.

— Wolisz siedzieć tu i pocierać dwa patyki? Ale masz rację, trzeba coś zrobić z kraterem.

Zastanawiał się przez chwilę, po czym podbiegł na krawędź niewielkiej kotliny. Cordelia usiadła obok Dubauera, objęła go mocno i skuliła się w oczekiwaniu wybuchu.

Vorkosigan ostrym sprintem wyskoczył zza zbocza i natychmiast padł na ziemię. Za jego plecami zapłonęła jaskrawa, błękitnobiała błyskawica, której towarzyszył grzmot, wstrząsający całą okolicą. W powietrze uniosła się kolumna dymu, pyłu i pary, po paru sekundach posypał się deszcz kamyków, ziemi i odłamków stopionego piasku. Vorkosigan ponownie zniknął, by po chwili wrócić z płonącą pochodnią.



29 из 262