
PEŁNO WSZĘDZIE POSZLAK
No i dobrze, może i pełno. Wymysł jakiegoś wariata, jakiś głupi żart. Tylko dlaczego do niego? To przecież bez sensu. I wtedy zadzwonił telefon.
– Sierżant Rebus?
– Przy telefonie.
– Rebus, tu inspektor Anderson. Dostaliście moją wiadomość?
Anderson. Cholerny Anderson. Tylko tego mu trzeba. Sami wariaci, a jeden gorszy od drugiego.
– Tak jest, panie inspektorze – powiedział Rebus, przytrzymując słuchawkę brodą i pospiesznie rozrywając kopertę.
– Doskonale. Możecie tu być za dwadzieścia minut? Odprawa odbędzie się w sali konferencyjnej przy Waverley Road.
– Już jadę, panie inspektorze.
Połączenie zostało przerwane, nim Rebus zdążył doczytać do końca. Więc to prawda, teraz to już oficjalne. Został oddelegowany do sprawy uprowadzeń. O Boże, co za życie. Wsunął kartki, koperty i kawałki sznurka do kieszeni marynarki i z niechęcią rozejrzał się po pokoju. I kto tu kogo oszukuje? Trzeba by boskiej interwencji, żeby móc stąd dotrzeć na Waverley Road w czasie krótszym niż pół godziny. A kto się zajmie tą całą zaległą robotą? Trzy jego sprawy czekały na rozpoczęcie procesów sądowych, kilka dalszych domagało się pilnego opisania, zanim mu całkiem wywietrzeją z pamięci. Może nawet lepiej, żeby wywietrzały. Gdyby tak można je było wymazać z pamięci. Przymknął oczy. Potem znów je otworzył, ale papierzyska wciąż były i kłuły w oczy jak poprzednio. Nie ma szans. Zawsze czegoś brakuje. Ledwie zdążył zakończyć jedną sprawę, a już w jej miejsce pojawiały się dwie czy trzy następne. Jak się nazywał ten potwór? Chyba Hydra, nie? Z czymś takim właśnie przyszło mu walczyć. Ile razy udawało mu się odciąć jedną głowę, w jego korytku spraw do załatwienia wyrastały następne. Powrót z urlopu był zawsze koszmarem.
A teraz dorzucili mu jeszcze głazy do toczenia pod górę.
