
– Ciągle zajmujesz się tą sprawą narkotykową?
– Właściwie to już nie. Przerzucili mnie na te porwania.
– Naprawdę? Rebusa też. Tylko mu się nie naraź.
– Pismaki i tak wszystkim się narażają. Tak już musi być, nie ma na to rady.
Mac Campbell traktował Stevensa dość nieufnie, jednak mimo zdarzających się zgrzytów cenił tę znajomość, bo czerpał z niej informacje przydatne w jego pracy. Oczywiście najbardziej soczyste kawałki Stevens zachowywał tylko dla siebie. Tak działali wszyscy mający wyłączność. Jednak zawsze był gotów do handlu wymiennego, a Campbell miał wrażenie, że często zadowalają go zupełnie błahe informacje i pogłoski. Przypominał srokę, która bez żadnej selekcji zbiera wszystko, co się świeci, w ilościach, z których nigdy w pełni nie skorzysta. Tyle że z reporterami nigdy do końca nie wiadomo. W każdym razie Campbell cieszył się, że Stevens zalicza się do jego przyjaciół, a nie wrogów.
– To co będzie z twoimi materiałami z tej sprawy narkotykowej?
Stevens wzruszył ramionami.
– Nic w nich nie ma takiego, co mogło by wam się teraz do czegoś przydać. Ale nie mam zamiaru tego odpuścić, jeśli o to ci chodzi. Nie, to zbyt wielkie gniazdo żmij, żeby je puścić wolno. Cały czas będę miał oczy otwarte.
Rozległ się gong oznajmiający początek ostatniej rundy. Dwa spocone, śmiertelnie zmęczone ciała zwarły się ze sobą, tworząc plątaninę kończyn.
– Mailer wciąż się nieźle trzyma – powiedział Campbell i poczuł, jak ogarnia go niemiłe przeczucie. Ale to chyba niemożliwe. Przecież Rebus by mu czegoś takiego nie zrobił. Nagle Maxwell, cięższy i powolniejszy z walczących zawodników, otrzymał cios prosto w twarz i zatoczył się do tyłu. W barze rozległy się okrzyki w oczekiwaniu końca walki. Campbell wbił wzrok w kufel. Maxwella liczono teraz na stojąco. Koniec walki. Sensacja w ostatnich sekundach walki, jak się wyraził komentator.
Jim Stevens wyciągnął rękę.
