
Jechał powoli, myśląc z nienawiścią, że oto znów znalazł się w Fife przywodzącym na myśl stare czasy, które jednak dla niego nigdy nie były „starymi dobrymi czasami”. Tu, gdzie w ruinach opuszczonych domów snuły się upiory przeszłości i gdzie co wieczór w kilku zapyziałych sklepikach podjeżdżały w górę żaluzje, te same żaluzje, które wandalom służyły do malowania bohomazów. Jakże nienawidził tego wszystkiego, tej nijakości całego otoczenia. Wionęło stąd tym, co zawsze: brakiem inicjatywy, nudą, zmarnowanym życiem.
Do miejsca, gdzie jego brat Michael wciąż jeszcze mieszkał, miał do przejechania około ośmiu mil w kierunku morza. Dojeżdżając do szarego skalistego wybrzeża, stwierdził, że deszcz zelżał, jednak spod kół wciąż tryskały bryzgi wody, stojącej w tysiącach szpar i zagłębień na drodze. Dlaczego oni tu nigdy nie naprawiają dróg, pomyślał, jak w Edynburgu, gdzie grzebią bez przerwy i co jest jeszcze gorsze? A przede wszystkim, po co mu był ten szaleńczy wyjazd taki kawał drogi do Fife tylko dlatego, że jest piąta rocznica śmierci starego? Spróbował myśleć o czymś innym i stwierdził, że zaczyna fantazjować na temat swego następnego papierosa.
Poprzez padający deszcz, który teraz przeszedł już tylko w mżawkę, Rebus dostrzegł dziewczynkę, mniej więcej w wieku jego córki, idącą po trawiastym poboczu drogi. Zwolnił, minąwszy ją, i przyjrzał się jej w lusterku, po czym zatrzymał samochód. Gestem ręki przywołał ją do siebie.
W chłodnym, bezwietrznym powietrzu słyszał jej przyspieszony oddech, a proste ciemne włosy kosmykami zlepionymi przez deszcz przylegały do jej czoła. Patrzyła na niego nieufnie.
– Dokąd się wybierasz, kochanie?
– Kirkcaldy.
– Podwieźć cię?
Potrząsnęła głową, a krople wilgoci prysnęły z jej wijących się długich włosów.
– Mama mówi, że nie wolno jeździć z obcymi.
– No cóż – powiedział Rebus, uśmiechając się. – Twoja mama wie, co mówi. Mam córkę w twoim wieku i tak samo ją ostrzegam. Ale pada, a ja jestem policjantem, więc możesz mi zaufać. Wiesz, że masz jeszcze kawał drogi.
