Kiesza trochę skisł. Widocznie Giena był ważniejszy od niego.

— Dobra — odpuścił chochlik spod pieca. — Niech posiedzi…

Zaintrygowany do granic możliwości, usiadłem razem z Kiesza. Mało kto mógł się pochwalić, że zna szczegóły z życia chochlików. Chyba nawet każdy magister chciałby być na moim miejscu.

Nikt nie zwracał na mnie specjalnej uwagi. Chochliki, rozsiadłszy się i ułożywszy wygodnie, zaczęły się gapić na Gienę.

— Czyli tak — Giena kontynuował opowieść, widocznie przerwaną moim wtargnięciem — stoi Wąsik przy honorowym sztandarze zwycięzców socjalistycznego współzawodnictwa, a zmiany nie ma i nie ma. Zachciało mu się… na momencik… ale jak tu sztandar zostawić, hę? Wziął go pod pachę i do kibla…

Chochliki cicho się roześmiały.

— A tu jak na złość Modest Matwiejewicz — bez specjalnej atencji powiedział Giena — postanowił dokonać kontroli. Zagląda do gabinetu, patrzy, a tu nie ma sztandaru numer inwentarzowy trzysta sześćdziesiąt pięć przez dwanaście! No, panika, sami rozumiecie, zaczął wrzeszczeć, przybiegł po mnie i Tichona. Zawezwał swoich ifrytów… tfu, zamorskie plugastwo! A Wąsik to wszystko słyszał; kombinuje, co tu robić. Rzucił się z powrotem na posterunek, rozprostował sztandar i stoi, w nosie dłubie…

Chochliki zaczęły chichotać.

— My z Modestem przybiegamy — Giena wyciągnął nogę z ognia, wsadził drugą — a Wąsik na posterunku! I sztandar nienaruszony! Kamnojedow jak nie wrzaśnie, że niby „służby nie znasz, gdzie chodziłeś, zbóju!” A Wasia nie durny i odpowiada: „Stałem na posterunku, pilnowałem sztandaru. Podszedł pan, popatrzył przeze mnie, za głowę się złapał, wrzasnął i pobiegł…”

Chichot przekształcił się w prawdziwy rechot. Dwa chochliki zwinęły się ze śmiechu w puchate kłębuszki i zaczęły turlać się po podłodze. Nawet ja nie wytrzymałem i zachichotałem, wyobraziwszy sobie konsternację Kamnojedowa przechytrzonego przez sprytnego chochlika.



29 из 529