
„Ciii”.
Pozwolił się więc spokojnie znosić dalej. Dokądkolwiek.
We mgle poranka dał się słyszeć cieniutki głos Taran:
– Panie Cieniu, panie Cieniu, czy nie można by trochę poczekać? Ja muszę na chwilkę w tamte zarośla, to sprawa nie cierpiąca zwłoki!
Bracia zaprotestowali, obaj byli zdenerwowani głupstwami, jakie wyprawia siostra, ale ogromny cień przystanął spokojnie.
– Bardzo dziękuję, wujku Cieniu – szczebiotała Taran, znikając pospiesznie w zaroślach.
Kiedy po chwili z prawdziwie kobiecą nonszalancją wyszła znowu na drogę, mogli ruszać dalej.
– Dokąd my idziemy? – zainteresowała się dziewczynka.
Dolg upomniał ją po raz kolejny:
– Taran, o takie sprawy nie pytamy!
– Ale ja muszę wiedzieć, bo przecież powinnam dać mleka mojemu cielaczkowi.
– Inni to za ciebie zrobią, możesz być pewna. Co ty sobie myślałaś, że to poranna przechadzka po łąkach, a potem wrócimy do domu na śniadanie?
Dolg zawsze przemawiał do swego rodzeństwa z wielką życzliwością, łagodnym, pięknie brzmiącym głosem.
Villemann był bardziej bezceremonialny.
– Ty masz źle w głowie, Taran! Nie idziemy przecież na wycieczkę! A jeśli jeszcze tego nie zrozumiałaś, to najlepiej wracaj do domu, dopóki nie jest za późno.
Taran wykrzywiła buzię w podkówkę, zawsze tak robiła, kiedy zbierało jej się na płacz.
– Zostaję z wami – oświadczyła urażona.
– W takim razie nie urządzaj scen – upomniał Villemann. – Rozumiesz chyba, że daleko nie zajdziemy z takim młyńskim kamieniem u szyi.
Dziewczynka pokazała mu język i odwróciła się do starszego brata.
– Ty też nie wiesz, dokąd idziemy, Dolg?
– Nie wiem, ale mam zaufanie do mojego ducha opiekuńczego.
Taran zaprotestowała szeptem:
– On wcale nie wygląda jak duch opiekuńczy, raczej jak mroczny cień.
Głos Dolga brzmiał surowo, choć uśmiech na jego twarzy świadczył, że się nie gniewa na siostrę.
