
Janacek obrócił w dłoniach pusty kufel, krzywiąc się wściekle.
— Suka-betheyn — rzucił swobodnym, żartobliwym tonem i nalał sobie piwa:
Po chwili wrócił Vikary. Usiadł, łyknął piwa i zaczęli jeść. Dirk przekonał się po chwili, że piwo na śniadanie mu odpowiada. Posmarowane grubą warstwą pasty bułeczki również mu bardzo smakowały, ale mięso było raczej wysuszone.
Janacek i Vikary zadawali mu podczas posiłku mnóstwo pytań, natomiast Gwen siedziała z zasępioną miną i odzywała się rzadko. Dwaj Kavalarzy bardzo kontrastowali ze sobą. Jaan Vikary mówiąc, pochylał się do przodu — nadal był rozebrany do pasa, a co chwila ziewał i drapał się od niechcenia — i podtrzymywał atmosferę przyjaznego zainteresowania, często się uśmiechając. Wydawał się znacznie swobodniejszy niż na dachu, lecz na Dirku jego zachowanie robiło wrażenie wymuszonego, jakby Vikary był pełen napięcia i świadomie próbował się rozluźnić. Nawet jego swobodne gesty — uśmiechy i czochranie się — sprawiały wrażenie wyreżyserowanych. Choć Garse Janacek siedział prosto na krześle, ani razu się nie podrapał i używał wszystkich sformalizowanych kavalarskich zwrotów, wydawał się znacznie swobodniejszy od Vikary’ego, jakby naprawdę lubił ograniczenia narzucane mu przez jego społeczeństwo i nigdy nawet nie postała mu w głowie myśl o wyrwaniu się na wolność. Mówił agresywnym, ożywionym tonem i sypał obelgami jak koło zamachowe sypie iskrami. Większość z nich była skierowana pod adresem Gwen. Kilkakrotnie próbowała mu się odcinać, lecz nie wypadło to najlepiej. Janacek był w tej grze znacznie lepszy od niej. Z reguły wyglądało to na swobodne, serdeczne przekomarzanie, ale kilkakrotnie Dirk usłyszał nutę autentycznej wrogości. Vikary marszczył brwi przy każdej takiej wymianie słów.
Gdy Dirk wspomniał mimochodem, że spędził rok na Prometeuszu, Janacek szybko uczepił się tego tematu.
— Powiedz mi, t’Larien — zainteresował się — czy uważasz, że Przekształceni Ludzie nadal są ludźmi?
