Tafla jeziora była zupełnie nieruchoma w niezmiennym czerwono-szarym świetle zmierzchu. Przyglądając się pokrytej licznymi strupami grzyba wodzie, Dirk cofnął się w myślach do kanału na Braque. Wtedy myślał, że Gwen go potrzebuje. Być może nie wyglądało to tak, jak na to liczył, lecz nadal mógł jej coś dać. Uczepił się tej myśli. Chciał jej coś dać, musiał to zrobić.

— Jak sobie życzysz — powiedział, wstając. — Wielu spraw nie rozumiem, Gwen. Zbyt wielu. Wciąż sobie powtarzam, że połowa wczorajszej rozmowy toczyła się nad moją głową. Nawet nie wiem, jakie pytania powinienem ci zadać. Ale mogę spróbować. Pewnie jestem ci to winien. Coś z pewnością jestem ci winien.

— Zaczekasz?

— I wysłucham cię, gdy nadejdzie czas.

— W takim razie cieszę się, że przyleciałeś — stwierdziła. — Potrzebowałam kogoś, kto stałby z boku. Zjawiłeś się w samą porę. To prawdziwy fart.

Jakie to dziwne, pomyślał, wysyłać prośbę o fart. Nie powiedział jednak nic.

— I co teraz?

— Teraz pokażę ci las. W końcu po to tu przylecieliśmy.

Podnieśli powietrzne ślizgi i oddalili się od milczącego jeziora, wchodząc w oczekującą na nich gęstwinę. Nie znaleźli tu żadnych ścieżek, ale ponieważ podszycie było rzadkie, poruszali się z łatwością, mając do wyboru wiele tras. Dirk przyglądał się bez słowa otaczającemu ich lasowi. Szedł przygarbiony, trzymając ręce w kieszeniach. Mówiła tylko Gwen, a i ona nie odzywała się zbyt często. Gdy już to robiła, jej głos był cichy i przepojony czcią, jak szept dziecka w ogromnej katedrze. Najczęściej jednak wyciągała tylko rękę i wskazywała, gdzie powinien patrzeć.

Drzewa rosnące wokół jeziora były dla Dirka świetnie znanymi przyjaciółmi. Widział je już tysiące razy. To był tak zwany domowy las.



43 из 361