
Jakże się myliła. Z trzaskiem zamknęła pustą szufladę komody i z werwą zabrała się do następnej. Im szybciej wyjdzie z tego pokoju, z tego domu, z tego przeklętego miasteczka, tym lepiej.
Sean stał i czekał. Zniecierpliwiony włożył ręce do kieszeni spodni z obciętymi nogawkami, które wyglądały tak, jak gdyby miały za chwilę zsunąć się z jego tyłka.
– Nienawidzę Oregonu.
– To duży stan, dużo przestrzeni do nienawidzenia.
– Nie zostanę tam.
– Zostaniesz, zostaniesz. – Jednak w jego głosie usłyszała nutę determinacji. – Dziadek tam jest.
Wydał z siebie jęk pogardy i lekceważenia.
– Może tam znajdę pracę.
– Jako nauczycielka na zastępstwie. Też mi coś!
– A żebyś wiedział, że coś. Nie możemy zostać tutaj, Sean. Przecież wiesz. Przyzwyczaisz się. – Podniosła wzrok i zerknęła w zakurzone lustro, gdzie widać było jego odbicie. Był wysoki i umięśniony, a nad górną wargą i na brodzie zaczął mu się sypać pierwszy zarost. Zaciśnięta szczęka wyrażała zacięty opór. Łagodnej dziecięcej buzi już nie miał. Jego twarz nabierała mocnych, męskich cech.
– Tu są wszyscy moi znajomi. A co z Samanthą? Ona nawet nie rozumie, co się stało.
Ja też tego nie rozumiem, synku. Ja też.
– Kiedyś jej to wyjaśnię.
Parsknął, jakby nie dowierzał własnym uszom.
– I co jej wtedy powiesz, mamo? Że ten sukinsyn jej ojciec przeleciał dziewczynkę, która była tylko o kilka lat starsza od niej? – Sean wyszeptał to, sycząc. – Że pieprzył się z moją dziewczyną!
– Przestań! – Wrzuciła koszule nocne do pudła ze skarpetkami. – Nie ma powodu używać brzydkich słów.
