
Miranda usiadła za kierownicą i usiłowała nie zwracać uwagi na piekielny ból głowy, który pulsował w jej skroniach.
W kilka minut włączyła się do wlokącego się łańcucha aut, które wyjeżdżały z miasta. Klimatyzacja była zepsuta, więc tylko opuściła szybę i przyglądała się bagażnikowi buicka jadącego przed nią. Do rozgrzanego wnętrza samochodu wtargnął powiew parnego letniego powietrza. Zerknęła na odbicie w lusterku wstecznym. Był to nieciekawy widok. Szminka się wytarła, tusz do rzęs rozmazał, a jej oczy pokrywała siatka czerwonych żyłek. Ścisły węzeł włosów z tyłu głowy zaczynał się rozluźniać.
– Świetnie – mruknęła, kierując samochód na inny pas i rozpuszczając włosy. Gumkę rzuciła na siedzenie obok. – Po prostu cudownie!
Kim jest ten facet, który o nią wypytywał? I dlaczego węszy wokół niej właśnie teraz, kiedy wszystko w jej życiu zaczęło się komplikować? Kiedy jej ojciec – niech go licho! – postanowił znów uderzyć w patriarchalną strunę. Kiedy jej życie ponownie zaczęło się rozpadać na kawałki.
Weź się w garść, rozkazała. Nie mogła sobie pozwolić na rozklejanie się. Nie teraz. Zbyt ciężko pracowała na to, co osiągnęła, wspinając się po sękatych szczeblach prokuratury okręgowej, i zbyt wiele ran – zarówno emocjonalnych, jak i fizycznych – odniosła w trakcie tej wspinaczki. Jeden tajemniczy tropiciel nie zdoła wyprowadzić jej z równowagi.
Ani wezwanie od poczciwego starego ojczulka – wiadomość zostawiona na automatycznej sekretarce. Palcami jednej ręki roztrzepując włosy, wietrząc posklejane kosmyki, w spokojnym tempie jechała na zachód, w stronę słońca, które zniżyło już lot.
Dutch Holland zażądał od niej, żeby się z nim spotkała w domu rodzinnym nad jeziorem. Jakby nie mógł wybrać innego miejsca na spotkanie. A już myślała, że stary dom myśliwski od lat jest zabity deskami. Miała nadzieję, że pokrowce i prześcieradła okrywające meble nigdy już nie będą zdjęte. Modliła się, żeby tajemnice tam ukryte nigdy nie ujrzały światła dziennego.
