
Wieści te przybierały niezwykłe rozmiary. Bez wątpienia banda Anglików istniała, a wodzem jej był człowiek o wprost bajecznej odwadze i zuchwalstwie. Opowiadano, że on i arystokraci, których ratował, stawali się niewidzialni, gdy zbliżali się do bram i wychodzili z miasta przy pomocy sił nadprzyrodzonych. Nikt nie widział tych tajemniczych Anglików, a co do ich wodza, to nie mówiono o nim inaczej, jak z zabobonnym lękiem. Tu towarzysz Fauquier Tinville otrzymywał pismo pochodzące z niewiadomego źródła, czasem znajdował je w kieszeni swego płaszcza, tam znów podawano mu list w tłumie, gdy szedł na posiedzenie komitetu bezpieczeństwa publicznego. Papier zawierał zawsze krótką wzmiankę, że banda intrygantów działa, a w rogu widniał mały szkarłatny kwiatek w formie gwiazdki.
W kilka godzin po otrzymaniu tej bezczelnej przesyłki towarzysze komitetu bezpieczeństwa publicznego dowiadywali się, że pewna ilość monarchistów umknęła z Paryża i była w drodze do Anglii. Straż przy bramach została zdwojona, sierżantom zagrożono śmiercią, a równocześnie obiecano ogromne nagrody za schwycenie tych Anglików. Za pojmanie ich tajemniczego, nieuchwytnego przywódcy, ukrywającego się pod nazwą "Szkarłatnego Kwiatu", ofiarowano pięć tysięcy franków nagrody.
Przypuszczano ogólnie, że Bibot będzie owym szczęśliwcem, któremu się to uda, i dlatego dzień po dniu ludzie gromadzili się przy bramie zachodniej, aby widzieć na własne oczy, gdy położy rękę na zbiegu, uchodzącym pod opieką tajemniczego Anglika.
– Towarzysz Grospierre musiał być głupcem! – rzekł Bibot do swego wiernego kaprala – szkoda, że mnie nie było zeszłego tygodnia przy bramie północnej.
I splunął na ziemię, aby okazać pogardę dla naiwności kolegi.
– Jak to było, towarzyszu? -spytał kapral.
– Grospierre stał na straży przy bramie – zaczął z namaszczeniem Bibot, a tłum zbliżał się, aby słyszeć jego opowiadanie. – Wszyscy słyszeli o tym intrygancie, tym przeklętym "Szkarłatnym Kwiecie", ale przez moją bramę on nie przejdzie. Do licha! chyba, że jest diabłem wcielonym
