
– Nie żeby mi jakoś specjalnie zależało – mawiał Barles – ale jak cię trafią, zostanę bez kamerzysty.
W ramach zemsty Marquez kazał stawać mu podczas kręcenia materiałów w miejscach trudnych, gdzie nie można się skoncentrować, kiedy trzeba mówić do mikrofonu, bo bardziej uważasz na to, co się dzieje, niż na to, co chcesz powiedzieć. Jesteśmy właśnie w… bang-bang. Poczekaj, zacznę od początku. Jesteśmy tutaj. No popatrz, teraz to sukinsyny nie strzelają. Jesteśmy w… bang-bang. Udało się? Trzy lata wcześniej, w Borovo Naseije, Marquez trzymał go przez pięć minut bez żadnej osłony w odległości stu metrów od serbskich linii, każąc mu trzykrotnie powtarzać nagranie, które, swoją drogą, już przy pierwszym podejściu było całkiem udane. Jadranka, chorwacka tłumaczka, zrobiła im wtedy zdjęcie: na drodze pełno gruzu, wypatroszony serbski czołg w tle, Barles krzyczy ze wściekłą miną, a obok niego Marquez, z kamerą na ramieniu, pęka ze śmiechu. Mimo wszystko lubili razem pracować. Obydwaj lubili żyć w ten sposób, łączyło ich wspólne poczucie humoru – szyderczego, szorstkiego i cierpkiego.
Materiały… Problem telewizji polega na tym, że nie da się opowiadać o wojnie z pokoju hotelowego, ale trzeba jechać tam, gdzie coś się dzieje. Przyjeżdżasz, stajesz przed kamerą w planie półpełnym, a powietrze po twojej prawej ręce zaczyna drgać. Kiedy strzelają, słychać raas-zaka-bum-bum i materiały wyglądają znakomicie, często jednak są do niczego z powodu hałasu. A kiedy w trakcie nagrania wymknie ci się jakieś przekleństwo, to znaczy kiedy mówisz na przykład: Tego ranka pogorszyła się sytuacja w okolicy miejscowości Vitez, a w pobliżu słyszysz grzmotnięcie, raaka-bum, to zamiast: w okolicy miejscowości Vitez, mówisz: w okolicy szlag by to jasny, kurwa mać; wtedy też materiał się nie nadaje i trzeba powtarzać.
