
– Statek, który miał przewieźć je do Anglii, rozbił się w pobliżu wybrzeży hiszpańskich. Trzy tonowy, kamienny sarkofag zatonął, cedrowa trumna przez kilka dni unosiła się na falach, wyłowiono ją i obecnie jest w muzeum w Londynie.
– Uwaga! Ukryli się po prawej stronie u stóp sfinksa – szepnął Tomek.
– Widzę, widzę, z tyłu też nas podchodzą – mruknął Nowicki, po czym wyjął fajkę, nabił ją tytoniem i zapalił.
– Niedługo zacznie świtać, chyba zaraz nas zaczepią – Tomka zaledwie było słychać. – Pewno jest ich kilku, inaczej by się nie odważyli…
– Ojciec upominał, żebyśmy nie włóczyli się tu po nocy – równie cicho przypomniała Sally.
– Nie przejmuj się, sikorko, to dla nas nie pierwszyzna – uspokajał ją Nowicki. – Weź mego kolta i w razie zagrożenia strzelaj pod nogi!
Sally wzięła niepostrzeżenie rewolwer i schowała pod okrywającym ją czarnym szalem. Nowicki tymczasem spokojnie pykał fajkę.
– Są koło sfinksa, podchodzą coraz bliżej… – szepnął Tomek.
– Zajmij się nimi, ja wezmę w obroty tych z tyłu – radośnie polecił Nowicki, który najbardziej lubił takie przygody. – Nie spiesząc się, uderzył główką fajki o dłoń, wytrząsnął popiół, po czym błyskawicznie odwrócił się do tyłu.
Dwóch drabów w galabijach i turbanach akurat podrywało się z ziemi. Uzbrojeni w krótkie, grube pałki rzucili się ku Nowickiemu, który bez namysłu silnym kopnięciem posłał im piach i żwir prosto w twarze.
– Ibn el-kell! – chrapliwym głosem zaklął jeden z opryszków, osłaniając oczy.
– Rodzinie ubliżasz!? – rozsierdził się Nowicki, który jak każdy marynarz znał przekleństwa w różnych językach i zrozumiał obelżywe słowa. Jednym skokiem dopadł opryszka i pięścią przyłożył mu w szczękę.
Napastnik osunął się na ziemię. Drugi, na wpół oślepiony piaskiem, rzucił pałkę i wyszarpnął długi, zakrzywiony nóż beduiński. Nowicki szybko cofnął się o krok, zerwał z siebie galabiję, wywinął nią w powietrzu i zarzucił na głowę Araba. W tej samej chwili rozległ się huk strzału i krzyk mężczyzny.
