
— Właśnie miałem wychodzić… — Rees poczuł się niezręcznie.
— Wiem. — Podeszła bliżej i bez uśmiechu przycisnęła naczyńko do piersi Reesa. — Tak czy owak, napij się. — Kontakt z ciałem Sheen sprawił, że Rees poczuł ciepło w podbrzuszu.
Zastanawiał się, dlaczego jej pole grawitacyjne tak bardzo wyróżnia się zapachem. Zauważył, że kobieta ma nagie ramiona.
— Dzięki. — Wziął czarkę i zaczął sączyć napój, czuł na języku gorący trunek. — Chyba rzeczywiście potrzebowałem czegoś takiego.
— Dziwak z ciebie, prawda, Rees? — Sheen obserwowała go z nie ukrywanym zaciekawieniem.
— Jak to, dziwak? — Odwzajemnił jej spojrzenie. Zauważył, że skóra pod oczami Sheen jest zupełnie gładka. Uderzyła go myśl, że ta kobieta w gruncie rzeczy nie jest od niego o wiele starsza.
— Stronisz od ludzi. — Wzruszył ramionami. — Posłuchaj, powinieneś z tego wyrosnąć.
Potrzebujesz towarzystwa. Jak wszyscy. Zwłaszcza po takiej paskudnej zmianie.
— Co miałaś wtedy na myśli? — zagadnął znienacka.
— Kiedy?
— Podczas implozji. Powiedziałaś, że trudno jest budować wystarczająco mocne konstrukcje dla tego wszechświata.
— No i co z tego?
— Hm… a jaki jest ten inny wszechświat?
— Kogo to obchodzi? — Sheen ignorowała zapraszające okrzyki mężczyzn za swoimi plecami.
— Mój ojciec mawiał, że kopalnia wszystkich nas zabija. Ludzie nie powinni pracować tam na dole i czołgać się na wózkach przy pięciu gie.
— Niezły z ciebie numer, Rees. — Sheen wybuchnęła śmiechem. — Ale szczerze mówiąc, nie mam nastroju do metafizycznych spekulacji. Chcę tylko zalać się w trupa tym sfermentowanym napojem ze sztucznych owoców. Jeśli chcesz, możesz się do nas przyłączyć albo idź wzdychać do gwiazd. W porządku?
