
– Szkoda.
– Bo co? – Bo duszenie gołymi rękami zostawia ślady nie do odparcia. Jak odciski palców albo ślady zębów…
– Przestań, dobrze? Na zębach już mam prawie żołądek!
– Cofnij go w głąb – poradziłam jej z lekkim roztargnieniem. – Ale trudno, nie, to nie. I jeden był martwy o szóstej, a drugi dopiero później, pewnie koło północy, sekcja wykaże. Jeden gdzieś znikł, skoro przy tobie była mowa tylko o drugim, i bardzo mnie ciekawi gdzie, bo go znałam…
– Ejże! – zainteresowała się Martusia gwałtownie. – No właśnie! Tego nie mówiłaś? – Nie miałam czasu. To jest długa historia i później się nad nią zastanowimy. Nie znałam go osobiście, ale musiał być wmieszany w rozmaite dawne świństwa, te, za którymi teraz ciągną się ogony. Ty o tym pojęcia mieć nie możesz, bo do przedszkola wtedy chodziłaś, i bardzo dużo muszę ci wyjaśniać.
– Będziemy tego używały? – Za nic! To wchodzi w zakres polityki. Odmawiam stanowczo.
– To, grzecznie mówiąc, po cholerę masz mi wyjaśniać? – Bo mam straszne przeczucia – wyznałam smętnie, wzdychając. – To się może wiązać i bez historii się nie obejdzie…
I w tym momencie, jak na zamówienie, zadzwoniła Anita.
* * *
Dominik Martusi był silnie brodaty, ponieważ ogolonych nie lubiła. Znać go, znałam, ale raczej słabo, więcej o nim słyszałam i wiedziałam niż stwierdzałam osobiście.
Zapadła na niego jakoś całkiem nagle, żyjąc dość intensywnie nie zauważałam upływu czasu i wyszło mi teraz, że trwa to już co najmniej pół roku, a może nawet ze trzy kwartały. Ponadto po drodze plątał się jeszcze niejaki Krzysiek, postać jakby stała, trwająca w tle lub też wskakująca w antrakty, tym dla mnie pamiętna, że w najdawniejszych czasach wcale nie miał brody i zapuścił ją specjalnie dla Martusi, co, mimo wszystko, nie przywiązało jej do niego zbyt żarliwie, a dodatkowo mieszały mi w umyśle marginesowe napomknienia o jakimś Bartku. Krzysiek, o ile mogłam sobie przypomnieć, upierał się przy trwałym związku małżeńskim, na który Martusia otrząsała się intensywnie.
