Klęczał pośród szybko rosnącej kałuży krwi.

Nadjechał Dieter Haxt, wstrzymał konia, zeskoczył z siodła. To samo zrobili po chwili Wolfher i Wittich Sterczowie.

Nikłaś usiadł ciężko. Spojrzał znowu na swój brzuch. Krzyknął, a potem rozpłakał się. Oczy zaczęły zachodzić mu mgłą – Chlustająca z niego krew mieszała się z krwią zarżniętych tu rankiem wołów i wieprzy.

– Nikłaaaaś!

Nikłaś Sterczą zakaszlał, zachłysnął się. I umarł.

– Już nie żyjesz, Reynevanie Bielau! – zaryczał w kierunku bramy blady z wściekłości Wolfher Sterczą. – Dopadnę cię, zabiję, zniszczę, wygubię wraz z całym twym żmijowym rodem! Wraz z całym twym żmijowym rodem, słyszysz?

Reynevan nie słyszał. Wśród łomotu podków o dyle mostu wyjeżdżał właśnie z Oleśnicy i walił na południe, wprost na wrocławski trakt.

Rozdział drugi

w którym czytelnik dowiaduje się o Reynevanie jeszcze więcej, a to z rozmów, jakie o nim wiodą różni ludzie, tak życzliwi, jak i wprost przeciwnie. W tym czasie sam Reynevan błąka się po pod-oleśnickich lasach. Opisu tego błąkania autor czytelnikowi skąpi, toteż czytelnik, nolens volens, musi sam je sobie wyobrazić.


– Siadajcie, siadajcie za stół, panowie – zaprosił rajców Bartłomiej Sachs, burmistrz Oleśnicy. – Co kazać podać? Z win, szczerze rzekłszy, nie mam niczego, czym bym mógł zaimponować. Lecz piwo, oho, dziś mi wprost ze Świdnicy dowieziono, przedni leżak, pierwszego waru, z głębokiej zimnej piwniczki.

– Piwa tedy, piwa, panie Bartłomieju – zatarł dłonie Jan Hofrichter, jeden z bogatszych kupców miasta. – Nasz to trunek, piwo, winem niechaj szlachta i różni pankowie trzewia sobie kwaszą… Z przeproszeniem waszej wielebności…



19 из 542