
– Jestem.
– Kuszy nie wziąłeś – zauważył kwaśno Neplach. Może i lepiej. Jeszcze byś się w coś postrzelił. Czy ten twój matołek musi tu być? – Nie musi. Zejdź na dół, Samsonie. I czekaj.
– Stań tam – rozkazał Flutek, gdy Samson wyszedł. Tam, przy oknie. Stój, milcz, obserwuj.
Stał, milczał, obserwował. Na rynku nadal było pusto. Przy kałuży u pręgierza pies się drapał, kot wylizywał sobie ogon i jego szeroko rozumiane okolice, gołębie dreptały skrajem wody. Gdzieś w stronie Ungeltu i kościoła Świętego Jakuba odezwał się róg. Po chwili trąbienie dobiegło też od wschodu, od splądrowanego Świętego Klemensa, byłego klasztoru byłych dominikanów. Do izby wpadł zdyszany agent. Flutek wysłuchał meldunku.
– Nadjeżdżają – oznajmił, podchodząc do okna obok. W jakieś pięćset koni. Słyszałeś, Reinmarze? W pięćset koni chcą zająć Pragę, błazny. W pięciuset chcą przejąć władzę, zadufki. – Kto? Zechcesz wreszcie powiedzieć, o co tu chodzi?
– Szczury ratują się z tonącego okrętu. Podejdź do okna. Przyglądaj się. Patrz uważnie. Wiesz, kogo masz wypatrywać. Spod pręgierza uciekły nagle psy, za nimi pognał kot. Gołębie zerwały się trzepoczącą chmarą, spłoszone przybliżającym się stukiem podków. Konny huf nadciągał od południa, od fosy, od pustej Bramy Svatohavelskiej.
