
Jeźdźcy zakotłowali się w bezładzie, zderzali jedni z drugimi, przewracali, tratowali tych, którzy z siodeł spadli. Część z miejsca pchnęła konie w galop, ale z rynku nie było ucieczki. Ulice zabarykadowano nagle belkami, przegrodzono przeciągniętymi w poprzek łańcuchami. Zza zapór sypnęły się bełty. A ze wszystkich stron, z Żelaznej, z Michalskiej, z Długiej Trzidy, z Celetnej, od Tynu, na rynek biegli uzbrojeni ludzie. Konni, osłaniając się wzajem tarczami, zbili się w kupę pod ratuszem, Hynek z Kolsztejna starał się zaprowadzić ład, chrypł od krzyku. A z domów wciąż strzelano, kule i bełty leciały z okien otaczających Staromiejski Rynek kamienic – z "Jednorożca", z "Czerwonych Drzwi", z "Baranka", z "Kamiennego Dzwonu", z "Łabędzia". Strzelano z okien i okienek, z wykuszy, z dachów, z sieni i bram. Rycerze i panoszę jeden po drugim lecieli z siodeł na ziemię, padały wierzgające konie. – Dobrze – powtarzał przez zaciśnięte zęby Flutek. Dobrze, prażanie. Tak trzymał! Oj, nie wyjdziesz pan z tego żywy, panie Kolsztejnski z Yaldsztejnów. Nie uniesiesz głowy. Hynek z Kolsztejna jakby dosłyszał, bo jego huf nagle podzielił się na dwa oddziały. Jeden, w jakieś sto koni, dowodzony przez rycerza z tarczą srebrnoczarną, pogalopował w stronę kościoła Świętego Mikołaja. Drugi, z samym Hynkiem na czele, uderzył na motłoch atakujący od Długiej Trzidy. Pierwszy oddział znikł Reynevanowi z pola widzenia, mógł tylko z wrzasku i szczęku wnioskować, że konni próbują przedrzeć się przez barykady, wyrąbać sobie drogę na most i Małą Stranę. Widział natomiast, jak oddział Hynka z impetem spadł na uzbrojonych mieszczan, jak pierwszą linię położył pokotem, jak drugą rozproszył. I jak na trzeciej utknął, nadziawszy się na zaporę z gizarm, dzid i wideł. Prażanie stali twardo, nie dali się przestraszyć. Było ich dużo. Byli silni. Pewni siebie. Bo wciąż nadbiegali nowi.
– Śmierć zdrajcom! – wrzeszczeli, atakując. – Do Wełtawy z nimi! – Bić, bić, nikogo nie żywić!