
– Nie rozu…
– Rozumiesz, rozumiesz.
* * *
– Masz rację, ojcze – przyznał gorzko Reynevan. – Faktycznie, co problem, to rodzaju żeńskiego. I mnożą mi się te problemy, iście grzyby po deszczu… Największym jest jednak w tej chwili Jutta. A jestem w kropce. Kompletnie nie wiem, co robić…
– No to jest nas dwu – oświadczył poważnie kanonik Otto Beess. – Bo ja też nie wiem. Nie przerywałem, gdy snułeś opowieść, choć miejscami brzmiała jak pieśń trubadura, tyleż samo bowiem zawierała iście fantastycznych niemożebności. Nie mogę zwłaszcza wyobrazić sobie inkwizytora Grzegorza Hejnczego w roli porywacza panien. Hejncze ma własny wywiad i kontrwywiad, ma sieć agentów, wiadomo też, że od dawna usiłuje infiltrować husytów, a w metodach nie przebiera. Ale porwanie dziewczyny? Nijak jakoś nie trafia mi to do przekonania. Ale cóż, wszystko jest możliwe.
– To – mruknął Reynevan – akurat prawda.
Kanonik utkwił w nim oczy, nic nie powiedział. Bębnił palcami po blacie.
– Dziś jest Purificatio – rzekł wreszcie. – Drugi dzień lutego. Od bitwy pod Wielisławiem minęło pięć tygodni. Wnoszę, przez cały ten czas przebywałeś na Śląsku. Gdzieś był? Klasztor w Białym Kościele odwiedziłeś może?
– Nie. Miałem z początku taki zamiar… Opatka była magiczką, magia mogła pomóc w poszukiwaniach Jutty. Ale nie pojechałem tam. Wtedy… Wtedy ściągnąłem na nie zagrożenie, na Juttę i na mniszki, na cały klasztor, omal nie stałem się przyczyną zguby. Nadto…
– Nadto – dokończył zimno kanonik – bałeś się spojrzeć opatce w oczy krótko po tym, jak utrupiłeś jej rodzonego brata. A ze sprowadzonym na klasztor nieszczęściem masz rację, a jakże. Grellenort nie zapomniał. Biskup rozwiązał konwent, klaryski rozseparowano po różnych klasztorach, opatkę wysłano na pokutę. I tak miała szczęście. Siostrzeństwo Wolnego Ducha, begiński Trzeci Kościół, kataryzm, magia… Za to idzie się na stos.
