
Wróćmy jednak do pana Kleksa. Spotkanie nasze odbyło się w sposób bardzo osobliwy. Pan Kleks na mój widok nie zdradził najmniejszego zdziwienia, lecz zapytał po prostu:
– Jadłeś już obiad?
– Panie profesorze – odrzekłem – przecież dopiero wylądowaliśmy w Alamakocie.
– Jak to? – obruszył się pan Kleks. – Przed godziną grałeś ze mną w „trzy wiewiórki” i wygrałeś samogrający guzik…
– Ja? -zawołałem zdumiony. – Panie profesorze, to jakieś nieporozumienie!
– Pan profesor na pewno żartuje – wtrącił Weronik.
Pan Kleks stanął znacząco na jednej nodze, a córki pana Lewkonika otoczyły go kołem i spoglądały z zaciekawieniem na ruchy jego brody.
– Zaraz… zaraz… – wymamrotał pan Kleks. -Czyżby to był twój sobowtór? No tak, zaczynam coś niecoś miarkować…
– Alojzy Bąbel! – zawołałem przerażony.
– Tak, Adasiu, Alojzy Bąbel… Już od kilku dni podszywa się pod ciebie, a ja go nie rozpoznałem. Cóż to za szelma!
Pan Lewkonik, którego wtajemniczyłem we wszystkie moje sprawy, zbliżył się do pana Kleksa i gdy obaj zderzyli się brzuchami, powiedział:
– Damy sobie z nim radę. Mam zagraniczny płyn owadobójczy. Środek niezawodny.
– Alojzy Bąbel to nie owad, panie łaskawy! Nie owad! Mógłby pan o tym wiedzieć, panie… panie…
– Anemon Lewkonik – pośpieszył przedstawić się hodowca róż. – A oto moje córki: Róża, Dalia, Hortensja, Rezeda i Piwonia. Wszystkie panny na wydaniu.
– Ciekawe… – rzekł z figlarnym uśmiechem pan Kleks. – Istny ogród botaniczny.
– Pan profesor nie pamięta, ale widywaliśmy się już nieraz – wtrącił nieśmiało pan Lewkonik.
– Ja? Nie pamiętam? – obruszył się wielki uczony. – Może widywał mnie pan w snach. A ludzie rozsądni nie wierzą w sny. Nie mówmy o tym więcej.
