
Kiedy człowiek już umrze, pewne rzeczy rozpoznaje instynktownie.
WITAM.
Verence wyprostował się na pełną wysokość, a raczej to, co byłoby pełną wysokością, gdyby ta jego część, do której określenie takie mogłoby się odnosić, nie leżała teraz na podłodze oczekując przyszłości, w której jedynie słowo „głębokość” byłoby na miejscu.
— Jestem królem, zechciej pamiętać — powiedział.
BYŁEŚ, WASZA WYSOKOŚĆ.
— Co? — warknął Verence.
POWIEDZIAŁEM: BYŁEŚ. NAZYWA SIĘ TO CZASEM PRZESZŁYM. WKRÓTCE SIĘ DO NIEGO PRZYZWYCZAISZ.
Wysoka postać zastukała kościanymi palcami o drzewce kosy. Była wyraźnie czymś poirytowana.
Jeśli się zastanowić, pomyślał Verence, to ja też jestem poirytowany.
Pewne wyraźne, oczywiste w tej sytuacji sugestie przebijały się nawet przez obłąkaną, brawurową głupotę, stanowiącą zasadniczą część królewskiego charakteru. Verence uświadamiał sobie powoli, że niezależnie od tego, w jakim królestwie się obecnie znalazł, to nie on jest w nim królem.
— Czy jesteś Śmiercią, przyjacielu? — zapytał.
MAM WIELE IMION.
— A którego obecnie używasz? — zapytał Verence z nieco większym szacunkiem.
Wokół nich kłębili się ludzie. Co gorsza, sporo osób kłębiło się także przez nich, jak duchy.
— A więc to Felmet — dodał król, spoglądając na postać przyczajoną na szczycie schodów i obscenicznie zadowoloną. — Ojciec zawsze mi powtarzał, że nie powinienem odwracać się do niego plecami. Dlaczego nie jestem wściekły?
GRUCZOŁY, wyjaśnił krótko Śmierć. ADRENALINA I TAK DALEJ. I EMOCJE. NIE MASZ ICH. JEDYNE, CO CI POZOSTAŁO, TO MYŚL.
Wyraźnie podjął jakąś decyzję.
TO WBREW REGUŁOM, mówił dalej, jakby do siebie. ALE KIM JA JESTEM, ŻEBY SIĘ SPIERAĆ?
— Kim, istotnie.
SŁUCHAM?
— Powiedziałem: kim, istotnie.
CICHO BĄDŹ.
Śmierć przechylił czaszkę na bok, jakby wsłuchiwał się w wewnętrzny głos.
