
Śmierć wzruszył ramionami.
A CHCESZ? zapytał.
— Nie.
W TAKIM RAZIE NA TWOIM MIEJSCU BYM SIĘ TYM NIE PRZEJMOWAŁ.
Z głębin swej ciemnej szaty wyjął klepsydrę i przyjrzał się jej uważnie.
NAPRAWDĘ MUSZĘ JUŻ LECIEĆ, oświadczył.
Odwrócił się na pięcie, zarzucił kosę na ramię i ruszył przez ścianę holu.
— Chwileczkę! Zaczekaj! — krzyknął Verence i pobiegł za nim. Śmierć nie obejrzał się. Verence ruszył za nim przez mur; przypominało to wędrówkę we mgle.
— Czy to wszystko? — zapytał. — Chcę wiedzieć, jak długo mam być duchem. Dlaczego jestem duchem? — Zatrzymał się i wzniósł władczo nieco prześwitujący palec. — Stój! Rozkazuję ci!
Śmierć smętnie pokręcił głową i przeszedł przez kolejną ścianę. Król pospieszył w jego ślady, zachowując tyle godności, ile zdołał. Znalazł Śmierć poprawiającego uprząż na wielkim białym koniu, stojącym na blankach. Koń miał na pysku worek z obrokiem.
— Nie możesz mnie tak zostawić — rzekł król widząc, że właśnie to wkrótce się stanie.
Śmierć odwrócił się do niego.
MOGĘ, oświadczył. JESTEŚ UPIOREM. DUCHY ZAMIESZKUJĄ ŚWIAT POMIĘDZY KRAINĄ ŻYWYCH I KRAINĄ UMARŁYCH. NIE JA ZA NIE ODPOWIADAM. Poklepał króla po ramieniu. NIE MARTW SIĘ. TO NIE POTRWA WIECZNIE.
— To dobrze.
ALE MOŻE SIĘ WYDAWAĆ WIECZNOŚCIĄ.
— A jak długo potrwa naprawdę?
DOPÓKI NIE WYPEŁNISZ SWEGO PRZEZNACZENIA, JAK SĄDZĘ.
— A skąd się dowiem, jakie to przeznaczenie? — wypytywał zrozpaczony król.
PRZYKRO MI, ALE W TYM NIE MOGĘ CI POMÓC.
— Jak mogę to odkryć?
JAK ROZUMIEM, TAKIE SPRAWY ZWYKLE SAME STAJĄ SIĘ OCZYWISTE, odparł Śmierć i wskoczył na siodło.
— A do tego czasu muszę nawiedzać to miejsce… — Verence rozejrzał się po murze obronnym. — I pewnie całkiem sam. Czy ktoś może mnie zobaczyć?
