
W chwili, kiedy wyszli na korytarz, z kajuty mieszkalnej wypadła Celise Waan, ścigając małe czarno-białe stworzenie, które przecisnęło się między ich nogami i umknęło do sterowni.
— Łapać go! — wrzasnęła Celise. Miała czerwoną, nabrzmiałą twarz, a jej oczy miotały wściekłe błyski.
Drzwi były wąskie, Haviland Tuf wysoki i szeroki.
— W jakim celu, jeśli można wiedzieć? — zapytał, zastępując jej drogę.
Antropolog pokazała mu lewe przedramię. Widniały na nim trzy krótkie, ale dość głębokie zadrapania, z których sączyła się krew.
— Zobacz, co ten drań mi zrobił!
— Zaiste — odparł Tuf. — A co pani jemu zrobiła? Z kajuty wyszedł uśmiechnięty złośliwie Kaj Nevis.
— Wzięła go za kark, żeby rzucić nim o ścianę — wyjaśnił.
— Leżał na moim łóżku! — zaskrzeczała Celise. — Chciałam uciąć sobie drzemkę, przychodzę, patrzę, a ten drań leży na moim łóżku! — Gwałtownie odwróciła się do Nevisa. — A ty przestań głupio szczerzyć zęby! Wystarczy, że w piątkę musimy tłoczyć się na tym zasmarkanym dziadowskim statku. Nie zgadzam się, żeby przez cały czas pętały mi się pod nogami jakieś obrzydliwe zwierzęta! To wszystko twoja wina, Nevis. Ty nas w to wpakowałeś, więc teraz zrób coś. Żądam, żeby Tuf natychmiast pozbył się tych szkodników, rozumiesz? Natychmiast!
— Przepraszam…
Tuf obejrzał się przez ramię, po czym odsunął się na bok.
— Czy właśnie tego szkodnika masz na myśli? — zapytała Dawnstar, wyłaniając się ze sterowni. Lewą ręką tuliła do piersi kota, prawą głaskała go po futrze. Było to ogromne kocisko o długiej szarej sierści i żółtych, arogancko patrzących ślepiach. Z pewnością ważył co najmniej dziesięć kilogramów, jednak Rica trzymała go bez najmniejszego wysiłku, jakby był maleńkim kociakiem. — Co, twoim zdaniem, Tuf powinien zrobić z Muchomorem?
