Oprócz ich dwóch, znajdowały się w nim jeszcze cztery osoby. Prokurator Linda Morgan podpierała ścianę, z udawaną swobodą Sinatry opierającego się o latarnię. Za więźniem stali dwaj potężni, niemal identyczni strażnicy więzienni z ramionami jak pniaki i torsami jak beczki. Scott spotkał ich już wcześniej i widział, jak wykonują swoją robotę z pogodą ducha instruktorów jogi. Jednak teraz, w obecności tego skutego więźnia, nawet oni byli lekko spięci. Adwokat Scanlona, łasicowaty i cuchnący tandetną wodą kolońską, był czwarty. Wszyscy spoglądali na Scotta.

– Zabiłeś ludzi – odparł Scott. – Wielu.

– Byłem, jak to się mówi, cynglem. Byłem… – Scanlon odczekał moment – zabójcą do wynajęcia.

– Nie zajmowałem się żadnym z tych zabójstw.

– To prawda.

Ten dzień zaczął się dla Scotta zupełnie zwyczajnie. Przygotowywał pozew sądowy dla członka zarządu firmy zajmującej się utylizacją odpadów, który przekupił burmistrza pewnego miasteczka. Rutynowa sprawa. Codzienność w Garden State, jak nazywano stan New Jersey. Było to zaledwie… No ile, godzinę czy półtorej godziny temu? Teraz siedział przy jednym stole z człowiekiem, który, według szacunkowego wyliczenia Lindy Morgan, zabił setkę ludzi.

– Dlaczego więc chciałeś zobaczyć się ze mną?

Scanlon wyglądał jak podstarzały playboy, który w latach pięćdziesiątych podrywał siostrę Gabor. Był mały i chuderlawy. Siwiejące włosy miał zaczesane do tyłu, zęby pożółkłe od nikotyny, skórę niezdrową od nadmiaru słońca i zbyt wielu długich nocy w zbyt wielu ciemnych klubach. Nikt z obecnych nie wiedział, jak naprawdę nazywa się ten człowiek. Został aresztowany z paszportem wystawionym na nazwisko Monte Scanlona, pięćdziesięciojednoletniego Argentyńczyka. Wiek wydawał się zgodny z prawdą, ale nic poza tym. Jego odciski palców nie figurowały w komputerowych bankach NCIC. Oprogramowanie do identyfikacji twarzy zniosło wielkie jajo. – Musimy porozmawiać w cztery oczy.

– Nie zajmuję się twoją sprawą – powtórzył Scott. Prowadzi ją inny prokurator.



2 из 304