W porównaniu ze strojnym Saturnem i błyszczącymi pierścieniami, zbudowany przez ludzi Goddard nie przedstawiał jakiegoś szczególnie imponującego widoku, pomyślała Pancho, przyglądając się rosnącemu w bulaju habitatowi. Był to gruby, niezgrabny cylinder o długości dwudziestu kilometrów i średnicy czterech, obracający się wolno w celu stworzenia sztucznej grawitacji dla dziesięciu tysięcy mieszkających w nim kobiet i mężczyzn. Przypominał Pancho zakończony tępo kawałek grubej rynny, unoszący się w pustce, choć gdy zbliżyli się, można było dostrzec, że jego powierzchnia jest upstrzona bąblami obserwacyjnymi, dokami, antenami i innymi wypustkami sterczącymi z krzywizny cylindra. Gdzieś w dwóch trzecich długości znajdował się pierścień luster słonecznych, sterczących jak korona płatków kwiatu, spijających światło słoneczne dla farm habitatu i systemów podtrzymywania życia.

Susie tam jest, pomyślała Pancho, i przypomniała sobie: nie wolno mi już nazywać jej Susie. Zmieniła imię na Holly. I to jej o mało nie zabiło.

Mimo najlepszych intencji Pancho nie mogła opanować niechęci, gdy myślała o siostrze. Susie była zaledwie trzy lata młodsza od Pancho, przynajmniej jeśli chodzi o wiek kalendarzowy. Kiedy jednak włosy Pancho posiwiały, a ona sama poddawała się zabiegom odmładzającym, by odsunąć nadciągającą starość, Susan fizycznie nie miała więcej niż trzydzieści lat. A mentalnie, emocjonalnie… Pancho skrzywiła się na samą myśl.

Susan zmarła, kiedy była jeszcze nastolatką. Pancho sama podała jej śmiertelny zastrzyk, gdy lekarze z żalem poinformowali ją, że nie ma już nadziei, żeby ocalić dziewczynę przed rakiem, wywołanym przez narkotyki. Pancho przytknęła więc strzykawkę do wychudzonego ramienia siostry i patrzyła, jak jej siostra umiera. Gdy tylko uznano ją za zmarłą, lekarze umieścili jej ciało w ciężkim sarkofagu z nierdzewnej stali, naczyniu Dewara o rozmiarach trumny, wypełnionym ciekłym azotem, z którego unosiły się zimne, białe, śmiertelne opary.



8 из 404